Mityczna Antifa niczym jednorożec. Widzą ją tam, gdzie jej nie ma

Wiadomości, Mityczna Antifa niczym jednorożec Widzą gdzie - zdjęcie, fotografia

Po Marszu Równości, który przeszedł ulicami Białegostoku 20 lipca, w sieci pojawiło się mnóstwo komentarzy, kto był, kogo nie było, kto szedł w tym pochodzie, kto rzucał kamieniami, kto ucierpiał, kto atakował. Kilka razy natknęliśmy się na stwierdzenia o tym, jak to wśród uczestników maszerowali członkowie legendarnej Antify albo np. że w którymś miejscu jakaś dziewczyna rzekomo mająca się identyfikować z tą grupą, kłóciła się panem typu "szafa", który do pochodu "tęczowych" nie był zbyt mile usposobiony. Wypada wyraźnie podkreślić: wszelkie tego typu opowieści to brednie.

Na wstępie krótkie wyjaśnienie. Antifa z Białegostoku była jedną z pierwszych i bardziej radykalnych ekip tego typu w tym kraju. Te tworzone w innych miastach częstokroć wzorowały się na tutejszych doświadczeniach, taktyce i formie walki. Szczyt jej działalności przypadał na lata po przełomie wieku, kiedy w całej Polsce panowała moda na subkulturę skinheadów w formie uwielbienia do wyciągniętej ręki w hitlerowskim pozdrowieniu. Nie byli to ani nacjonaliści, ani narodowcy, bo to chyba jasne, że te pojęcia się nad wyraz kłócą z uwielbieniem swastyki. Choć - co prawda - różne symbole były przeplatane ze sobą. Krew na polskich ulicach lała się wtedy strumieniami: za długie włosy, za naszywkę, za koszulkę, za glany. Kto przeczy, niech cofnie się o 15 albo 20 lat do publikacji prasowych.

Antifa miała być formą samoobrony. Każda tego typu grupa była nieformalna, a jej podstawową zasadą działania była odpowiedź na przemoc jeszcze większą przemocą. I brak jakiejkolwiek współpracy z policją - w razie przegranego starcia, nikt mimo ran na komisariat nie biegł. Grupy Antify nie są sformalizowane. Cechuje je brak jakichkolwiek określonych struktur, choć oczywiście - jak w każdym środowisku - liderzy są wszędzie.

W Białymstoku ekipa wywodziła się, w dużej mierze, ze środowiska działającego wokół squotu De Centrum. Byli to anarchiści, punkowcy, osoby nie obnażające się ze swoimi subkulturami, ale też apolityczni skinheadzi czy utożsamiający się z SHARP. Nie było komunistów, co stawia pod znakiem zapytania określenia typu "lewak". Zresztą, komuniści - jako piewcy autorytarnego systemu, niejednokrotnie byli przez Antifę przeganiani z różnych zgromadzeń.

Antifa to bojówka. Ludzie, którzy dążą do konfrontacji fizycznej i mają ku temu doświadczenie jako grupa. To, że ktoś wepnie sobie w koszulę czy przyczepi na plecaku badzik z napisem "Anti-Fascist Action" lub poniesie ze sobą czarno - czerwoną, nota bene anarchosyndykalistyczną flagę, nie czyni z niego członka jakiejś Antify.

Grupa w Białymstoku zaczęła obumierać po likwidacji przez magistrat squotu De Centrum  w 2005 r. Część z tych osób wyjechała na Zachód za chlebem, wykorzystując jak miliony innych Polaków otwarcie granic związane z wejściem Polski do Unii Europejskiej w 2004, inni założyli rodziny, zaczęli pracować, a za nimi nie przyszli nowi.

Oczywiście ekipa przez pewien czas funkcjonowała, ale obumarła śmiercią naturalną. Byli następcy - z tym że na krótko. Od kilku lat Antifa w Białymstoku jako zorganizowana grupa nie bierze udziału w manifestacjach. Jeśli ktoś taką widzi, to ma zwidy. Bo przy jej uczestnictwie w Marszu Równości sytuacja mogłaby potoczyć, a właściwie potoczyłaby się, zupełnie inaczej. Wtedy rozmawialibyśmy o poszkodowanych, ale nie w postaci homoseksualistów, a chłopów z dwóch stron. A przy okazji: żaden nie poszedłby na skargę na komisariat mimo rozbitej głowy.

(Piotr Walczak / Foto: freeimages.com - zdjęcie poglądowe)

Mityczna Antifa niczym jednorożec. Widzą ją tam, gdzie jej nie ma komentarze opinie

Dodajesz jako: |

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama
 Reklama