1°C całkowite zachmurzenie

Na Zamku w Tykocinie spodziewaliśmy uczty królewskiej. A było tak…

Felietony, Zamku Tykocinie spodziewaliśmy uczty królewskiej było tak… - zdjęcie, fotografia

Pewne zdarzenia uważane za rzadkie mają skłonność do powtarzania się w krótkim czasie już po pierwszym wystąpieniu. Wydawać by się mogło, że powtórzenia takie pojawiają się rzadko, tymczasem następują one częściej niż byśmy tego oczekiwali. Naukowo nazywa się to „prawem serii”. I takie to prawo serii dotknęło i nas. Bo jak inaczej nazwać to, że po zakręceniu naszym „globusem Polski” znowu wypadło nam jechać do Tykocina? W każdym razie trafiliśmy na Zamek.

Ostatnia nasza wizyta w tej miejscowości pokazała, że potrafią tam nakarmić solidnie i smacznie. A przynajmniej tak w Alumnacie onegdaj bywało. Tak więc bez większych obaw zapakowaliśmy się do auta i w drogę. Tym razem skład naszej ekipy był znacznie powiększony więc i dużego komfortu w trakcie podróży nie było. Dobrze, że przynajmniej blisko. Mała rundka (w te i nazad) po okolicy i wybór padł na restaurację Zamek. Owa karczma czy oberża, jak zwał tak zwał, znajduje się na zrekonstruowanym XVI-wiecznym Zamku Królewskim w Tykocinie, a dokładnie na prawym brzegu pobliskiej rzeki Narwi.

W aktualnie funkcjonującej części zamku, czyli skrzydle południowym z basztami: Turmą i Rogową i części skrzydła północno-zachodniego, znajduje się Muzeum, Pokoje Gościnne i właśnie obiekt naszych głodnych westchnień – Restauracja. Trzeba dodać, że zamek w dalszym ciągu jest rekonstruowany, a w odbudowie jest biała Baszta i część skrzydła północnego.

„Jak w kościole” – tak na pierwszy rzut oka zareagował jeden z naszych biesiadników i tej wersji się trzymał do końca. I tu musimy się przyznać, że po raz pierwszy doszło rozbieżnych zdań między naszą wyjazdową ekipą. Dla jednych było to mega klimatyczne miejsce, dla innych brakowało tylko księdza i paru ministrantów. No ale nie ma co narzekać. Sympatyczna i sprawna obsługa „dwoiła się i troiła” zgrabnie polecając nam dania, których mogliśmy popróbować.

Tak więc na początek na stół wjechały: żurek i barszcz. No i teraz tak. O ile żurek był bogaty, to barszcz lichy niczym wysłużone onuce Anzelma. Ci, co jedli żurek, chwalili bogatość składników, a barszcz… miał tylko barszcz. Nawet pół buraczka w nim nie było. Jedyne co na plus przy barszczu, to tyle, że był dobrze doprawiony i mocno gorący. Postanowiliśmy dać szansę drugim daniom i tu był pełen pakiet, bo w menu znajdowały się porządne staropolskie posiłki. Od polędwiczek wieprzowych, po kociołek myśliwski, czyli gulasz z dziczyzny, aż do gęsich pipek narwiańskich. Można było sobie wybrać jeszcze różnego rodzaju pierogi, nasz regionalny przysmak – dodamy – pierogi z różnym nadzieniem w środku.

I te potrawy zdecydowanie ratowały Zamek w Tykocinie. Podane z gustem, wymyślnie – można rzec jak na królewski zamek przystało. I naprawdę świetne w smaku. Szczególnie do gustu przypadł nam kociołek myśliwski. Gulasz był pikantny, gorący, podany z pysznymi ziemniakami. Wszystko tak, jak powinno w polskiej kuchni być. Choć musimy dodać, że gęsie pipki także dały radę. Tylko ten co je jadł, to wciąż marudził, że czuje się w jak w kościele i szału nie ma. Pomijając już tematy kościelne, to z pewnością pierwszy raz na zamku był. Chłopak z Wygody… to co on tam może o zamkach wiedzieć, na dodatek królewskich. Marudził marudził, ale pipki to wyczyścił do ostatniej.

Próbowaliśmy jeszcze polędwiczki wieprzowe i tu narzekania nie było co do potrawy. Pojawiły się za to obiekcje co do kominka, który tlił się obok. Marudził znów inny. Ten akurat ze Słonecznego Stoku i widocznie też na zamku wcześniej nie był. Jakby był to by wiedział, że na zamkach grzejników nie mieli. Palili w kominkach, żeby cieplej było. Kominek kominkiem, ale na obiadowe drugie dania, narzekania nie było.

Trochę co niektórzy pomarudzili przy deserze. Po pierwsze, że w porze obiadowej kończyły się desery, po drugie, że zostało nam właściwie ostatnie ciastko z bitą śmietaną i owocami oraz pieczone lody. No i tu znów – co podniebienia to inne oczekiwania. A to, że lody pieczone, a w czym pieczone, a czy długo pieczone. Jeszcze chwila, a przy stole doszłoby do rękoczynów. Natomiast co do ciastka… ciastko, jak ciastko, dobre, choć bez szału. Robotę zrobiła śmietana i świeże owoce. W każdym razie, nasze fochy nadrabiała obsługa, która była miła, choć na dobry ład, powinna pokazać gdzie są drzwi.

Generalnie można powiedzieć, że dania nie były złe. Ale za to nasze zdania na temat jedzenia, były już mocno podzielone. Chyba pierwszy raz aż tak wyraziście. „Dupy nie rozrywa” to tylko jeden z komentarzy. Ale za to jakby już miało rozerwać, to warunki w kibelku delikatnie rzecz ujmując nie napawały optymizmem.

W każdym razie my naszym czytelnikom polecamy wybrać się na Zamek, bo oprócz restauracji jest tam jeszcze muzeum z podobno bardzo dobrym przewodnikiem. Tak więc spędzenie tam wolnej niedzieli w naszym odczuciu na pewno nie będzie czasem straconym. A co do kulinarnych doznań, niech każdy doświadczy sam. Ostatecznie, jeszcze przy stole stwierdziliśmy, że połowa naszej wycieczki na pewno tam długo tam pojedzie, a druga pojedzie przy pierwszej możliwej okazji.

Trudno się pisze takie recenzje i chcieliśmy jakoś ujednolicić zdanie. A skoro byliśmy na zamku, wyszliśmy na dziedziniec, by rozwiązać po szlachecku pewne spory. Czyli wybrać jedną opinię – ustaloną w pojedynku na szable. I jak już wyszliśmy, pierwsza osoba od razu wylądowała w dybach pod restauracją, dwie stwierdziły, że jak na pojedynek, to jest za zimno i w ogóle za mocno wieje i nie ma skąd szabli wziąć. A ci co zostali, próbowali zmierzyć się w pojedynku na gołe klaty. Z tym, że i tu nie wyszło. Bo jedna klata za zbytnio piersiasta, druga przypominała koguta pięty i obydwie oddzielało od siebie na wysokość jakieś ze trzydzieści centymetrów. W związku z powyższym, napstrykaliśmy sobie fotek na zamku, dziedzińcu i w okolicy, a każdy został przy swoim zdaniu odnośnie Zamkowej kuchni.

Z tego względu nie zamieścimy naszej jednolitej oceny mierzonej w skali od 1 do 6. Zostawimy Wam zdjęcia oraz nasze wrażenia. Uważamy, że najlepiej do Zamku w Tykocinie przekonać się jadąc tam osobiście. Z pewnością warto, bo to wyjątkowe miejsce, wyjątkowo położone i z kawałkiem pięknej historii. My teraz idziemy zakręcić globusem Polski w celu poszukiwania kolejnych kulinarnych przygód na Podlasiu.

(Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska i Maciej Kudrycki)

Na Zamku w Tykocinie spodziewaliśmy uczty królewskiej. A było tak… komentarze opinie

  • Gość - niezalogowany 2017-11-11 14:06:16

    Ok, warto pojechac i zakąsić kontakt z odtwarzanym miejscem dumy historycznej.

  • gość 2017-11-11 15:10:11

    A co na wyżerkę chcieli przyjechać i pewnie jeszcze za darmo.

  • Lukasz - niezalogowany 2017-11-11 23:40:08

    Nie jadłem tam jeszcze ale zamek spoko :)

  • Biko - niezalogowany 2017-11-12 14:11:25

    Wiecie co, tyle pisać na temat żarcia to trzeba być chorym.

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na ddb24.pl