5°C bezchmurnie

Słowo po niedzieli: Chodzi mi po głowie, aby zgubić dokumenty w szczytnym celu

Felietony, Słowo niedzieli Chodzi głowie zgubić dokumenty szczytnym - zdjęcie, fotografia

Kilka dni temu przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Chciałabym przekazać na jakiś szczytny cel na przykład ze 40 tysięcy złotych. Problem polega na tym, że nie mam takiej kwoty i jest ona na chwilę obecną dla mnie nieosiągalna. Ale gdybym miała, przekazałabym. A później zgubiłabym dokumenty z tego przekazania. Bo strasznie mnie ciekawi jak podszedłby do tego urząd skarbowy i później wszelkie inne organy?

Byłby to bardzo ciekawy eksperyment. Muszę tylko popytać księgową czy mogę przeprowadzić zbiórkę, albo czy mogę otrzymywać darowizny na firmowe konto. Jeśli będzie to możliwe, to najprawdopodobniej pokuszę się o zbiórkę 40 tys. złotych. Obiecuję, że jeśli takie pieniądze wpłyną na konto firmowe – razem wybierzemy cel, na który zostaną przekazane. Czy trafią do fundacji, czy może na leczenie chorej osoby, a może na wsparcie chrześcijan w krajach muzułmańskich? O tym zdecydujemy razem, jeśli tylko taka zbiórka będzie możliwa.

Może Was zdziwi, że chcę później zgubić dokumenty z przekazania darowizny z firmowego konta. Ale mnie absolutnie nie. Będzie to swoisty test na to, w jaki sposób traktuje się na przykład drobnego przedsiębiorcę, którym jestem. Bo jak traktowani są urzędnicy miałam okazję się przekonać kilka dni temu. Już wiem, że zgubienie dokumentów nie na 40 tys. złotych, ale na ponad 4 miliony złotych, nie jest żadnym problemem. Nie jest to też przestępstwem. Można ot tak sobie zgubić i już. Załatwione.

Tak właśnie zdecydowała białostocka prokuratura, która umorzyła śledztwo w sprawie zniknięcia z urzędu miejskiego dokumentów na ponad 4 miliony złotych. Pieniądze z budżetu miasta zostały przekazane Jagiellonii Białystok na tak zwaną promocję. Choć między Bogiem a prawdą, to zwykła darowizna. Bo identyczne efekty promocyjne Białystok miałby i bez przekazywania choćby grosza na ten sam cel. Trudno mi jakoś sobie wyobrazić, że nagle wszyscy fotoreporterzy i operatorzy kamer będą tak kadrować białostockich piłkarzy, żeby ani razu nie było widać logo Wschodzący Białystok. Pewnie jeszcze nikt nie miałby prawa podać pełnej nazwy drużyny, żeby przypadkiem słowo Białystok nigdzie nie padło. Ale… zostawmy to.

Wracając do zaginionych dokumentów, to do niedawna wydawało mi się to nierealne, aby z jakiegokolwiek urzędu zginęła chociaż jedna kartka z ważnymi zapiskami. Tak się składa, że art. 276 kodeksu karnego reguluje takie sprawy. Mowa w nim o tym, że „Kto niszczy, uszkadza, czyni bezużytecznym, ukrywa lub usuwa dokument, którym nie ma prawa wyłącznie rozporządzać, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Zatem zagubienie dokumentów, to nic innego jak ich usunięcie. Tym bardziej, że takie dokumenty, w jakich zapisane są szczegóły finansowania prywatnej spółki sportowej, nie są własnością ani urzędnika Kowalskiego, ani Nowaka, ani żadnego innego, z Truskolaskim włącznie. A jeszcze tym bardziej, że pieniądze przekazane prywatnej spółce sportowej pochodziły nie z prywatnej kieszeni urzędnika Kowalskiego, Nowaka czy nawet Truskolaskiego, ale z wszystkich naszych kieszeni. Zatem logiczne jest, że zgubienie takich dokumentów powinno zakończyć się postawieniem aktu oskarżenia tym urzędnikom, którzy dokumenty zgubili, albo dopuścili do ich zgubienia. Nie wiem, jak jest gdzieś w Polsce, ale w Białymstoku, zapis artykułu 276 w kodeksie karnym, jest równoznaczny z napisem „Mięciutki jak puchowa kołderka” na papierze toaletowym.

Śledczy badali temat przez półtora roku i stwierdzili, że tak w ogóle to nic złego się nie stało. Każdemu się pewnie zdarza. A jeśli nawet nie każdemu, to nie ma z czego robić problemu. Nikt nie dopatrzył się znamion czynu zabronionego. A już szczególnie to i być może w kodeksie karnym skleiły się kartki przy artykule 276. Chyba, że ktoś z prokuratury kartki z tymi artykułami po prostu zgubił i nigdzie więcej ich nie ma, w całym mieście. Postępowanie umorzono i sprawy nie ma.

Dlatego teraz mam nadzieję, że jeśli przekażę darowiznę nie 4 miliony, ale zaledwie 40 tysięcy złotych i zgubię gdzieś dokumenty z tej darowizny, to urząd skarbowy i później śledczy nie będą robić żadnych precedensów i też sprawę potraktują w taki sam sposób. Umorzą i będzie z głowy. Tym bardziej, że chcę pieniądze przekazać naprawdę na jakiś szczytny cel, o którym zdecyduję nie sama, ale wspólnie z czytelnikami. Kartki kodeksu karnego pewnie dalej będą sklejone albo zgubione i temat rozejdzie się po kościach. Bo niby dlaczego urzędnik ma być traktowany inaczej niż nie urzędnik? Bo co? Nigdzie w przepisach, ani w Konstytucji nie ma rozróżnienia na grupy obywateli pod kątem bycia urzędnikiem, albo nie bycia urzędnikiem. Chyba, że o czymś nie wiem. Jeśli jest gdzieś takie rozróżnienie, to oświećcie mnie, żebym nie strzeliła gafy. Tu prośba przede wszystkim do wszelkich prawników w Białymstoku.

Powiem szczerze, że zwyczajnie nie mam siły pisać o innych wyczynach śledczych, którzy umorzyli także i inne postępowania, w jakich wpłynęły zawiadomienia. Bo ten przypadek, który opisałam, jest najlżejszego kalibru. Może, jak mi wrócą siły i ręce przestaną opadać, opiszę pozostałe przypadki umorzenia postępowań z powodu braku stwierdzenia złamania prawa. Tak tylko wspomnę, że przestępstwem nie jest w ocenie prokuratury rozstrzyganie konkursów na rzecz własnego stowarzyszenia, które dostaje pieniądze z publicznej kasy. Ja teraz na miejscu urzędników prędziutko zapisywałabym się do różnych stowarzyszeń i fundacji i przelewała ile się da na konta własnych organizacji. Później już tylko zostaje przelewać sobie na własne konto pieniądze za usługę doradczą, za przybicie gwoździka do ściany lub cokolwiek co tam stowarzyszenie czy fundacja ma w statucie, żeby się w papierach zgadzało. A nie wróć! Papiery można zgubić. To nie przestępstwo przecież. Bosko, co nie?

Dlatego ja jak najszybciej porozumiem się z księgową, dopytam co i jak i zrobimy eksperyment. Liczę na to, że zostanę potraktowana w identyczny sposób, co urzędnicy. Jeśli tak się nie stanie i mi dla odmiany postawią zarzuty jakiekolwiek, wówczas z pełnym przekonaniem stwierdzę, że Polska jest krajem reżimu i dyktatury. Z tym, że dyktatorem okaże się być nie rząd, nie politycy, nie prezes Kaczyński, a uprzywilejowana kasta, której wolno absolutnie wszystko.

(Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska/ Foto: Trzecie OKO)


Słowo po niedzieli: Chodzi mi po głowie, aby zgubić dokumenty w szczytnym celu komentarze opinie

  • gość 2018-01-09 07:44:54

    Zawsze z rana jak tylko chcę podnieść swoje IQ, to szukam artykułu napisanego przez Panią Pani Agnieszko. I nie ukrywam, że zadowala mnie fakt, iż jest jeszcze na tym świecie ktoś, kto posiada to IQ na o wiele mniejszym poziomie. pozdrawiam Iqjotek

  • Gość - niezalogowany 2018-01-09 08:29:01

    Dobry artykuł. Czekam na więcej szczegółów i kolejne przypadki umarzania.

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na ddb24.pl