Felietony, Słowo niedzieli Marcin powiedział… - zdjęcie, fotografia

Czy amerykańskie samoloty przydadzą się nam? To zapewne okaże się w niedalekiej przyszłości. Tak samo jak inne kwestie, które polski rząd stara się poukładać od blisko czterech lat. Nie jest łatwo, ponieważ na każdym kroku jest wycie z byle jakiego powodu i nie ma nawet znaczenia czym jest ten powód. Wycie jest wycie i ja osobiście do tego się już przyzwyczaiłam, więc nawet nie reaguję. Szkoda prądu. Mało kto jednak zauważył, że po raz pierwszy od wielu lat zniknęło nam coś, co określam tytułem jednego z seriali, jaki był emitowany ileś tam lat temu „Tata, a Marcin powiedział…”.

Właśnie w taki sposób była prowadzona polska polityka, zwłaszcza zagraniczna, od wielu lat. Cokolwiek by się w Polsce nie zadziało, jakakolwiek by decyzja nie zapadła, do wszystkiego, dosłownie do wszystkiego musiała być akceptacja unijnej elity. Jak Unia, choć głównie Niemcy, pochwaliły za coś, to już było wiadomo, że to dobre, europejskie i w ogóle światowe. Pytanie tylko, czy to było dobre dla Polski? Po latach śmiem twierdzić, że nie. Było dobre dla tych, którzy naszych uważających się za elity poklepywali po pleckach, żeby im było przyjemniej i żeby rośli w siłę.

Przypomina mi to trochę koncerty muzyczne i fanów robiących sobie zdjęcia ze swoimi idolami. Pozują do zdjęcia, cieszą się, że ktoś tam z muzyków im podał rękę, uśmiechnął się, a jak już strzelił wspólną fotkę, to w ogóle cud, miód i orzeszki. Co ma z tego fan? Pamiątkę. I ewentualnie lajki pod zdjęciem, jeśli zamieści je na profilu społecznościowym. Co ma artysta? Klienta swojego biznesu. Większe jest prawdopodobieństwo, że ów fan przyjdzie ponownie na koncert, kupi płytę lub koszulkę albo jeszcze co innego. I wszystko kręci się od lat doskonale. Może nie jest to do końca dobre porównanie, ponieważ artyści tworzą dla swoich fanów, ale sam mechanizm jest podobny. Bo w końcu czy w polityce, czy w biznesie muzycznym, chodzi o pozycję, zarobki i rozpoznawalność.

Co Polsce z tego, że elita europejska poklepywała po pleckach takich Tusków, Schetynów, Kopaczów czy Millerów? Wyprzedaliśmy majątek narodowy za bezcen, przyjęliśmy na siebie zobowiązania, które nie zawsze były dobre dla polskiego społeczeństwa, wpadliśmy w pułapkę unijnych funduszy, które na dziesiątki lat zadłużyły wszystkie praktycznie samorządy. W zamian za to panowie i panie mogli porobić sobie zdjęcia na czerwonych dywanach i udawać, że cokolwiek od nich zależy. Powszechną praktyką było to, że każdą decyzję, absolutnie każdą musiały zaakceptować elity i wszyscy czekali na to, co powie „zachód” i czy pochwali. Jak pochwalił, było „dobrze” i można było brnąć dalej.

Nie twierdzę, że fundusze unijne to zło. Bo tak nie jest. Ale faktem jest, że wszyscy na nie się rzucili jak na nie wiadomo co. Nie było przy tym patrzenia, że coś może się nie przydać, albo lepiej coś zrobić inaczej, taniej, albo w ogóle nie robić. W ten sposób przez inwestycje zrujnowaliśmy środowisko naturalne w większych miastach, do których wdarł się wszechobecny beton, bo na niego dawano miliony euro. Zrujnowaliśmy także w dużej mierze przedsiębiorczość Polaków, którzy zaopatrują się w galeriach zachodnich gigantów, w zamian za to, z trudem odradza się nasz rodzimy mniejszy handel, który dzięki przedsiębiorczości Polaków, nie umarł całkowicie. I jak tak popatrzeć na różne duże firmy, to znajdziemy naokoło obce nazwy, niemieckich czy francuskich właścicieli, którzy zarobione na Polakach pieniądze transferują do swoich krajów. A Polacy? Pracują za niższe stawki w Lidlach, Biedronkach czy w fabrykach produkujących chemię gospodarczą. O dziesiątkach firm, które padły przy budowie dróg i autostrad też już chyba wszyscy zapomnieli. Ale tak… To był efekt rzucenia się na unijne pieniądze i poklepywania po pleckach tych, którzy o wszystko pytali elitę europejską i mogli się z tą elitą pokazywać na zdjęciach.

Po raz pierwszy od wielu lat Polska nie pyta unijnej elity, co może zrobić we własnym kraju. Po prostu to robi. Jaki jest tego efekt? Wycie! Długie, donośne i rozlewające się wszędzie. Jeżdżą od czasu do czasu też nasi przedstawiciele tłumaczyć się ze swoich decyzji do tych tak zwanych elit, którym zerwały się psy z łańcuchów. Z tym, że zmiany nie ustają i nie ma każdorazowych pytań o wszystko – co można i czy nas poklepią po pleckach. Polska pierwszy raz od wielu lat jest gospodarzem we własnym kraju i mimo tego wycia, podejmuje decyzje jakie chce.

Teraz to nie my pytamy, czy wolno. Ale to nas pytają – po co i dlaczego tak? Czasami, jak wspomniałam, każą się tłumaczyć z tego co robimy we własnym kraju. I to Polska nadaje pewien ton, w którym mocno podupadła rola zwłaszcza Niemiec i Francji. Wraz z nami swoje decyzje we własnych krajach podejmują także inne państwa, które też przestały się oglądać na unijne elity. Zresztą elity uzależnione od wielkich koncernów, które wydają gigantyczne pieniądze na lobbystów kręcących się po Parlamencie Europejskim niczym unijni posłowie. Dlatego później mamy ślimaki jako ryby, czy marchewkę, która jest owocem. Ktoś na takich decyzjach zarabia. I na pewno nie są to Polacy. Tak samo jak zarabia na różnego rodzaju dyrektywach, jakie nakazują określone zachowania i decyzje w państwach członkowskich.

Zmieniło się o tyle, że teraz to Niemcy coraz częściej muszą pytać nas o możliwość włączenia się w taki czy inny projekt. Muszą wejść w dialog na różnych płaszczyznach widząc, że Polska jest samodzielna i zawiązuje sojusze, także gospodarcze, z kim chce i jak chce. Tak samo muszą postępować inne państwa i politycy, którzy do tej pory brylowali na unijnych salonach, a obecnie przestrzeń salonowa skurczyła im się na tyle, że mało co ich widać. Jak choćby rozczochranego Belga czy często pijanego Junckera. Poklasku w Polsce nie zdobył ani Timmermans, ani Donald Tusk, który dla wielu do niedawna był jeszcze wyrocznią w wielu sprawach. Ale wystarczy popatrzeć realnie – co Polsce z takiego prezydenta Europy? Jak przyczynił się do wyniesienia pozycji Polski w Unii Europejskiej i jak pomógł w tym, aby to polski głos był słyszany mocniej z polską racją stanu? Wyniki obserwacji mogą być przygnębiające, ponieważ obecny polski rząd musiał wydrzeć sobie i utorować drogę w tym tyglu, kiedy elity zajęte samymi sobą drwiły z kraju, od którego powinny się sporo uczyć.

Osobiście wolę to co jest, od tego co było. Nie chcę już słuchać gadek w stylu” Tata, a Marcin powiedział, że jego tata powiedział…” – jakie to słowa taty Marcina dla polityków poprzednich rządów, były wyrocznią. Może i tata Marcina miał rację, ale w swoim domu, który jest inaczej urządzony, ma inne dochody, liczbę osób w nim pracujących i pozostających na utrzymaniu, znajduje się na innym osiedlu, ma inne możliwości zarobkowania oraz innych kolegów, z którymi się przyjaźni, albo się kłóci. Nasz dom jest inny, ma inne możliwości i nikt nie musi pytać, czy tata Marcina to pochwali. Zechce to pochwali, nie – to nie pochwali. A jak wpadnie w odwiedziny, to na pewno zostanie przyjęty zgodnie z polską gościnnością. Jednak swoich porządków wprowadzać nie powinien i mam nadzieję, że już nigdy nie będzie.

(Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska/ Foto: Trzecie OKO)

Słowo po niedzieli: Tata, a Marcin powiedział… komentarze opinie

Dodajesz jako: |

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama
 Reklama