Felietony, Słowo niedzieli Festiwale - zdjęcie, fotografia

Trzy tygodnie będą dzieliły od siebie dwa festiwale muzyczne, które odbędą się w Białymstoku. Na pierwszy zaprasza prezydent Białegostoku z Agorą, na drugi marszałek województwa z Polsatem. Nie mam żadnych wątpliwości, na którym uczestników będzie więcej.

Chyba tylko gradobicie i wybuch wulkanu sprawić może, że na kampusie Politechniki Białostockiej zjawi się mniej osób niż na dziedzińcu Pałacu Branickich. Są ku temu dwa zasadnicze powody. Na terenie Politechniki festiwal będzie bezpłatny i na dodatek pojawią się tam artyści, których słucha lub słuchała większość populacji Polski. Natomiast, żeby znaleźć się na festiwalu na dziedzińcu Pałacu Branickich trzeba zapłacić ponad 100 zł za dwa dni i dobór artystów jest taki, którego ogół społeczeństwa raczej nie kojarzy. Choć nie znaczy to, że muzycznie to jakieś szczególnie wyszukane towarzystwo. Ot, zwyczajnie, pokolenie 50 plus może nie kojarzyć Organka czy Darii Zawiałow. Za to Boysów i Marylę Rodowicz znają wszyscy bez wyjątku.

Ktoś może zapytać, dlaczego w ogóle o tym piszę? To dwie zupełnie inne imprezy, skierowane kompletnie do innego odbiorcy i nie ma co ich ze sobą porównywać. Trochę jednak jest co porównywać i jest to niejako kolejna część felietonu, w której pierwotnej części zabierałam już głos w sprawie festiwalowych propozycji muzycznych w stolicy Podlasia. Dziś myśl rozwinę, ponieważ w Białymstoku po raz pierwszy odbędzie się duża impreza muzyczna w duchu disco polo i pokrewnych nurtów. Tego brakowało tu od lat. I nie wiem, zupełnie nie rozumiem, dlaczego w polskiej stolicy disco polo nie było dotąd tego rodzaju imprezy. Cieszy mnie bardzo, że w końcu jednak będzie. Jest potrzebna nie tylko Białemustokowi, ale także całemu Podlasiu.

W różnych miastach w Polsce odbywają się duże imprezy muzyczne z udziałem gwiazd disco polo. Na te imprezy przyjeżdża i przychodzi tysiące fanów. Ci ludzie zostawiają gigantyczne pieniądze na miejscu, u organizatora, u restauratorów, hotelarzy. Ludzie potrafią jechać dziesiątki kilometrów, aby zobaczyć na żywo Boysów, Zenka czy Top Girls. Ale przede wszystkim nie ma co ukrywać, bo wszyscy o tym wiedzą, że Podlasie to stolica disco polo. Przypomnę tegoroczny i zeszłoroczny Sylwester w Zakopanem, który transmitowała Telewizja Polska. Żaden inny Sylwester w kraju nie miał zgromadzonej na miejscu tak ogromnej rzeszy publiczności bawiącej się na żywo, ani tej zgromadzonej przed telewizorami. I tylko jeden Sylwester gościł na scenie gwiazdy disco polo. Tak, to był ten w Zakopanem.

Kolejny raz sprawdza się stare powiedzenie: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Na miejscu mamy dobór wszelkich artystów, którzy mają tak zapchane kalendarze koncertowe, że nie sposób znaleźć szczeliny. Ci ludzie zarabiają bardzo duże pieniądze i zostawiają je przede wszystkim tam, gdzie mieszkają. A mieszkają – tak się składa w większości na Podlasiu. Tu robią zakupy, tu odprowadzają podatki, tu budują domy, tu często nagrywają płyty i teledyski, tu mają rodziny. Wstydzimy się ich? Niekoniecznie. Może wstydzą się ich ci, którzy sami muszą leczyć jakieś małomiasteczkowe kompleksy. Nie wstydzi się ich cała Polska, a na każdym większym wydarzeniu to oni zapewniają największą frekwencję.

Słyszeliście zapewne takie powiedzenie, że nikt nie słucha disco polo, tylko jak wypije kilka głębszych to od razu zna nie tylko refren, ale i wszystkie zwrotki. Żadne wesele, żadna impreza integracyjna, czy żadne imieniny nie będą udane, jeśli zabraknie „Miała matka syna”, „Ona tańczy dla mnie”, „Przez twe oczy zielone”, „Niech żyje wolność” oraz wiele innych. Co rusz powstają nowe zespoły, których wyświetlenia na youtubie pozostawiają daleko w tyle liczbę wyświetleń zespołów z innych nurtów muzycznych. Nie chcę tu podawać przykładów, żeby kogoś nie urazić, bo nie mam tego na celu. Mam natomiast to na celu, aby przekazać, że muzyka disco polo w naszym regionie – choć tak obecna i ściśle z nim związana – jest kompletnie niewykorzystana.

Od dłuższego czasu uważam, że Białystok powinien promować się muzyką disco polo. Powinniśmy mieć tu nie tylko największy festiwal disco polowy w Polsce, ale też więcej wytwórni muzycznych, całe sztaby fachowców od marketingu i rzeszę urzędników, która pracowałaby na rzecz miasta Białystok i województwa podlaskiego wykorzystując oczywiste atuty, z których Białystok i województwo podlaskie słynne są w całym kraju i za granicą.

Wydajemy rokrocznie miliony złotych na promocję jakiegoś logo Wschodzący Białystok. Po co? Nie mam pojęcia! Wydajemy, bo ktoś sobie kiedyś tak wymyślił. I tak zostało. A najpewniej dlatego, że nikt się nie dowali, że taki czy inny wykwit coś tam organizuje, bo przy okazji promuje miasto. Tyle tylko, że na miejscu odłogiem leży coś co się samo wypromowało i mogłoby ciągnąć miasto oraz cały region na swoich barkach. Nie trzeba by było wydawać tych ogromnych milionów, albo przynajmniej wydawać ich o połowę mniej, bo tam gdzie pojawia się na przykład Zenek, tłumy są gwarantowane z automatu. Identycznie jest z Boysami, z Weekendem, Pięknymi i Młodymi, Top Girls oraz całą masą innych artystów. Wystarczy się pod nich podpiąć. Ale przede wszystkim podać rękę i lecieć po kraju pokazując, że Białystok to miasto wielu możliwości, w którym każdy może się rozwijać.

Piszę tu tylko o muzyce, ale jest przecież całe mnóstwo rzeczy pokrewnych. Ktoś tu na miejscu robi teledyski, ktoś nagrywa, ktoś podgrywa akompaniament, ktoś organizuje koncerty, ktoś zajmuje się promocją, itd., itd., itd. Cały ten biznes jest ogromny i warty na chwilę obecną miliardy złotych. I dlatego cieszy mnie bardzo, że po raz pierwszy w historii około 30-letniej disco polo, w stolicy disco polo odbędzie się w końcu festiwal najbardziej nasz, jak tylko nasz można sobie wyobrazić. Nie mam też żadnych złudzeń, że to właśnie na kampusie Politechniki będzie więcej ludzi. Bo nie będzie to tylko disco polo, ale także zespoły, które zna cała Polska. Bo nasze disco polo z powodzeniem poradziłoby sobie na największych dyskotekach świata i w klubach oraz w rozgłośniach, w jakich puszczana była za czasów świetności i świeżości – CC Catch, Fun Factory, czy Bellini.

Pierwszy z festiwali – ten na dziedzińcu Pałacu Branickich ma przyczynić się do pozytywnego wizerunku Białegostoku, drugi – na kampusie Politechniki Białostockiej ma promować region. I dobrze, niech promują. Jest tylko jedno pytanie, który z nich będzie miał na scenie przy okazji lokalnych artystów, którzy są żywą wizytówką miasta Białystok i województwa podlaskiego, aby pokazywali faktycznie uroki, walory i możliwości rozwoju w tej części Polski?

(Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska/ Foto: Trzecie OKO)

Reklama

Słowo po niedzieli: Festiwale dwa komentarze opinie

Dodajesz jako: |

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama
 Reklama