2°C pochmurno z przejaśnieniami

Taka gmina: Budżet pełen hipokryzji

Felietony, gmina Budżet pełen hipokryzji - zdjęcie, fotografia

Nie zamierzam brać udziału w cyrku zwanym Budżetem Obywatelskim. Mam nadzieję, że radni w przyszłym roku zakończą ten eksperyment, który w Białymstoku zaczyna być szczytem hipokryzji. W Białymstoku Budżet Obywatelski zaczyna być szyderstwem demokracji. W naszym mieście pozostaje nam tylko jedna autentyczna forma demokracji bezpośredniej: to kartka wyborcza rzucana do urny w wyborach samorządowych. Moim zdaniem tylko dlatego, że władze miasta nie mogą mieć wpływu na jej wynik i przebieg.

Tegoroczny Budżet Obywatelski (w skrócie BO) uważam za parodię, która ma niewiele wspólnego z tym, o co jego twórcom chodziło. Wiem to dlatego, że znam kilku z pomysłodawców białostockiego BO i to od nich usłyszałem co im przyświecało kiedy wprowadzali w życie tą ideę. Chodziło w niej o wolność obywateli do tego, aby bezpośrednio wskazali na co wydać część pieniędzy w budżecie pochodzącym zasadniczo z ich podatków. Przez lata BO degenerował się, ale to co mamy teraz jest już zaprzeczeniem tego czym był BO na początku.

Założeniem Budżetu jest możliwość bezpośrednio wyboru przez obywateli, aby jakaś część wydatków gminy została wydana tak jak oni tego chcą. Obywatele zgłaszają różne pomysły: od festynu i budowania huśtawek przez zakup defibrylatorów aż po budowę boiska lub remont ulicy. Na początku pierwszym ograniczeniem była wartość wydatku ustalona w taki sposób, aby całość budżetu mogła starczyć na więcej niż jedna-dwie inwestycje. Drugą barierą była legalność tej inwestycji: musiała ona służyć ogółowi i powstać na komunalnej własności. Z czasem ograniczeń przybywało: z miejsca inwestowania wyłączano np. szkoły, kolejne ograniczenia wynikały z uchwalonych planów zagospodarowania, zastrzeżeń konserwatorów zabytków, potem dyrektorów ZMK. I tak dalej, i tak dalej. Aż w końcu ograniczenia zaczęły wkraczać w sferę dowolnego uznania urzędników. O ile zero-jedynkowe warunki: nie budujemy na prywanym gruncie, nie stawiamy nowoczesnych instalacji w zabykowym Parku Branickich da się zaakceptować i zrozumieć, to teraz najczęściej zielone świało dla pomysłów obywateli zależy od ocen i opinii urzędników. A oceny i opinie są - jak to bywa - subiektywne. Dla obywateli zaś obiektywne są głównie te racje, które da się zadekretować, wpisać i w jakiś sposób sformułować przed zgłoszeniem projektu. Z pewnością nie są nimi zdanie urzędników, że projekt im nie pasują nam do koncepcji, że są inne plany wobec tego terenu lub zrobią to inaczej itp. Dla urzędników obowiązującą konpcecją powinna być wola mieszkańców, podobnie powinno być z planami inwestycji. A co do innego sposobu zrobienia zgłoszonego projektu to skoro mieszkańcy zgłosili, że chcą go zrobić po swojemu, to czas urzędników na realizacje własnych koncepcji minął. Roma locuta, causa finita.

Rok temu, przy dyskusji na temat strzelnicy na Węglowej, szefowie Zakładu Mienia Komunalnego wspierani przez urzędników znajdujących się w zespole powołanym do oceny projektów, upierali się, że tej inwestycji prowadzić się nie da. Dlaczego? W odpowiedzi było wielosłowie, z którego wybrzmiał zasadniczo jeden argument "BO NIE". Urzędnicy zostali w końcu przegłosowani przez tzw. czynnik społeczny i ostatecznie strzelnica znalazła się wśród projektów dopuszczonych do głosowania. Okazało się, że dobrze bo wygrała i wolą mieszkańców trzeba będzie ją zbudować. Na razie miasto w tej sprawie jest tak bezczynne  jak tylko białostoccy urzędnicy potrafią być bezczynni. Niestety, głos czynnika społecznego nie wystarczył, na przepuszczenie do głosowania kapliczki ekumenicznej. Dlaczego? Bo teren należący do miasta urzędnicy pana prezydenta przeznaczyli do sprzedaży dla deweloperów, a ten chce tam zbudować blok. Nie wszyscy społecznicy dotarli akurat na to głosowanie i tak zablokowano ten pomysł. Według mojej wiedzy była to jedyna przyczyna tego, że projekt nie przeszedł. Tak było rok temu. W tym kontrowersji być nie mogło.

W tym roku radni wypuścili bubel w uchwale o Budżecie Obywatelskim i prezydent Tadeusz Truskolaski mógł zamknąć drogę do zespołu osobom, które mogłyby przegłosować jego bardzo ważnych i odpowiedzialnych urzędników. Wszak przedstawiciele prezydenta przecież zawsze wiedzą lepiej czego obywatele chcą. Ale jeśli obywatele upierają się przy swoim, to urzędnicy najpierw próbują im tłumaczyć, że obywatele nie wiedzą co robią. A jeśli i to nie pomaga, to realizowany jest wówczas wyłącznie scenariusz urzędniczo-prezydencki zakładający, że do głosowaniu mogą trafić tylko takie projekty, które nie burzy wizji miasta widzianej ze Słonimskiej. Czyli demokracja jak z PRL, kiedy też można było wybierać. Urzędnicy - jak teraz - wskazywali słuszne możliwości: można było wskazać Marksa, można było Lenina, był też i Engels...  Teraz też zdaniem magistratu obywatele nie wiedzą czego chcieć powinni. W Białymstoku niecenzurowane zdanie obywateli liczy się wtedy i tylko wtedy, gdy myślą i chcą tego co nie przeszkadza wszechmądrym urzędnikom i ich wodzowi na wysokościach czyli prezydentowi. Przesadzam? Powiedzcie to ludziom, których pomysły do BO  wylądowały w koszu i nikt nie potrafi im racjonalnie wyjaśnić dlaczego.  Poza jednym argumentem: urzędnicy tak uważali.

Zawsze byłem zdania, że w Budżecie Obywatelskim najważniejsze jest to, by ludzie zgłaszali swoje pomysły. A jeśli te pomysły były sprzeczne z prawem, to pomysłodawcy muszą wiedzieć dlaczego tak jest. Zaś gdy sprawa jest dyskusyjna: np. brak absolutnej pewności czy zgłoszony projekt jest niezgodny z przepisami, to o sprawie powinni wypowiedzieć się mieszkańcy w głosowaniu. To ich pieniądze i niech oni ocenią czy chcą realizacji pomysłu czy też nie. Opinii, że urzędnicy wiedzą to lepiej z założenia nie akcepuję. Głównie dlatego, że w tej dowolności już za chwilę może okazać się, że mieszkańcy magistratu nie uznają naszych demokratycznych wyborów radnych, prezydenta czy Rady Osiedla, bo - w ich światłej opinii - nasze wybory będą szkodziły miastu.

Do obecnego Budżetu mam jeszcze jedno zastrzeżenie: jak to jest, że zespołem oceniającym co można dać do głosowania, a co nie, kieruje facet z partii Nowoczesna. Tenże facet na partyjnej konferencji prasowej zapowiada, że będzie z innym kolegą z partii (prywatnie synem prezydenta miasta) jeździł po osiedlach i zapraszał na partyjne konferencje mieszkańców, aby ci opowiadali mu, co trzeba w mieście zrobić. Dodam, że ten facet zapowiada, że zgłoszone na partyjnych spotkaniach pomysły umieści w Budżecie Obywatelskim. Tak, tak - tym samym BO, w którym odpowiada za to, co jest, a co nie jest, dopuszczone do głosowania. Jestem uprzedzony czy jednak coś tu nie gra? I czy tylko ja dostrzegam tu problem?

Wiem, jakie argumenty podnoszą zwolennicy obecnego rozwiązania: trzeba czuwać nad ładem urbanistycznym i logiką inwestycyjną miasta, a strażnikami tych obu spraw są urzędnicy. No i stąd ich konieczna obecność w komisji. Brzmi logicznie, ale mimo to odrzucam ten argument: urzędnicy powinni przekonywać siłą argumentów obywateli oceniających dopuszczalność projektów, a nie robić tego siłą większości głosów. Większością notabene zarządzoną przez prezydenta, który wykorzystał nieporadność Rady Miasta. Argumenty, a nie podstęp; dyskusja, a nie dyktat. No chyba, że jest tak jak twierdzę: ten Budżet nie ma nic wspólnego z przymiotnikiem Obywatelski. Nie wiem jak Państwo, ale ja do tego ostatniego jestem święcie przekonany. I żadne festyny, pikniki, barwne ulotki z pięknie uśmiechniętym prezydentem i jego zastępcami, zrobione m. in. za moje pieniądze, mnie do tego nie przekonają. Nie wierzę w światłe oceny urzędników. Upieram się przy tej niewierze choćby pamiętając losy Muzeum Sportu, czy jak kto woli, Muzeum Jagiellonii. Pomysł obywateli został odpalony przez urzędników z Rafałem Rudnickim na czele, dlatego że miasto chciało samo go zrealizować. I od kilku lat realizuje go tak intensywnie, że nie wyszedł on dotąd z szuflady. Magistrat nie zdołał przygotować porządnie nawet konkursu w sprawie tego jak to muzeum ma wyglądać. Dlatego twierdzę: jeśli ten Budżet jest Obywatelski to niech tylko obywatele decydują co ma powstać za pieniądze wydzielone na ten cel. Urzędnicy mogą brać w tym udział jak wszyscy: wrzucając kartkę za lub przeciw.

Inny argument magistratu za kontrolą urzędniczą w BO to taki, że wolność musi mieć jakieś ograniczenia, a zwłaszcza wolność wydawania pieniędzy publicznych. Polemizowałbym. Wolność ma to do siebie, że albo ona jest albo jej nie ma. Nie można wstać trochę z krzesła lub być trochę w ciąży. Wolność jest niepodzielna. Przypominam słowa przypisywane dla Woltera: "Nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć." Ta maksyma to kwintesencja wolności i tolerancji. Kto z czytających może z ręką na sercu powiedzieć: białostocki magistrat zna i wciela w życie te słowa? Ja z pewnością nie. A granice wolności? Znowu powołam się na cytat: Janusz Korwina Mikke stwierdził "wolność Twojej pięści ogranicza jedynie bezpieczeństwo mojego nosa". Nie jestem wielbicielem JKM, ale w tej sprawie się z nim zgadzam.

Horacy napisał kiedyś, że hipokryzja to hołd składany cnocie przez nieprawość. W Białymstoku nie do końca zgadzam się z tą definicją. W naszym mieście hipokryzja to sposób myślenia i działania charakteryzujący się niespójnością stosowanych zasad moralnych. Ja nazywam to "Kalizmem w czystej postaci" (od Kaliego z powieści Sienkiewicza). Nasi hipokryci u władzy żadnych hołdów cnocie nie składają. A przymiotnik Obywatelski zachowali chyba tylko z przyzwyczajenia. Cnotą wycierają sobie gębę do sucha realizując własne cele. I to jedyne magistrackie zastosowanie cnoty.

Przemysław Sarosiek

Taka gmina: Budżet pełen hipokryzji komentarze opinie

  • Wojtek - niezalogowany 2017-09-10 23:45:59

    Pełna zgoda. Zadam pytanie - czy do tej pory ktoś zgłaszał działania władz "wyżej"? Związek władzy z developerami jest aż nazbyt oczywisty i warto byłoby nim zainteresować odpowiednie służby.

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na ddb24.pl