13°C rozproszone chmury

Taka gmina: Kiełbasa wyborcza do obrzydzenia

Felietony, gmina Kiełbasa wyborcza obrzydzenia - zdjęcie, fotografia

Zaczynam się bać, że samorządowa kiełbasa wyborcza będzie nas wszystkich kosztowała tak dużo, że jej koszta będą spłacać jeszcze nasze wnuki. Prym w kiełbasianym szaleństwie wiedzie ten, kto ma największe możliwości czyli Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku. Walny udziały w produkcji kiełbasy wyborczej ma również PO i PSL, które rozdają ją przy okazji rozmaitych inwestycji głównie ze środków UE. PiS nie jest również bez winy: kiełbasiany smak ma sporo uchwał podejmowanych w gwałtownym pośpiechu, bo przecież wybory idą!

Zacznę od kiełbasianego króla czyli Tadeusza Truskolaskiego. Można mnie posądzać o subiektywizm i zwyczajny antytruskolaskizm, bo w znakomitej większości potępiam postępowanie obecnego prezydenta, ale... jak u diabła mam je chwalić w ostatnich czasach. A już zwłaszcza to co wyprawia przy inwestycjach? Przecież to jest tak ewidentne, że chyba tylko radni z Komitetu TT, członkowie Nowoczesnej, czciciele prezydenccy oraz śmiertelni wrogowie PiS nie widzą problemu. Pierwszy z brzegu: wielokrotnie powtarzane przetargi na inwestycje drogowe. Mniejsza już o to czy te inwestycje drogowe są tak niezbędne, że trzeba je na gwałt realizować zamiast spraw istotniejszych dla mieszkańców. Skoro prezydent wpisał drogi do umów ze środkami unijnymi to trzeba je zrealizować. Rzecz jednak w tym, ze realizuje je tak, że nóż się w kieszeni otwiera.

Rozumiem, że pierwsze przetargi miały prawo być niedoszacowane, bo koszty wzrosły, jest bum na roboty drogowe i deficyt wykonawców. Wprawdzie wszędzie wokół o tym głośno, ale załóżmy, że białostocki urzędnik made in Truskolaski nie wie co się dzieje poza miastem. Ale co drugim, trzecim, czwartym przetargu? Same klapy z powodu rosnących oczekiwań wykonawców i za małej kasy, którą chce im dać miasto. To było już więcej niż oczywiste po pierwszym przetargu, że tych inwestycji nie da się zrealizować za pieniądze pierwotnie  założone przez prezydenta i jego podwładnych. Czy - skoro terminy goniły (te wyborcze i te z umów z Unią) - nadal trzeba było próbować trzymać się nierealnie wyliczonych kwot? To się przecież kupy nie trzyma! I tak ostatecznie trzeba teraz albo dopłacić albo zmienić zakres inwestycji. I pytanie: skoro obecnie jest to możliwe, to dlaczego było to niemożliwe jeszcze rok czy pół roku temu?

Znam odpowiedź na to pytanie: skoro prezydent ogłosił realizując budżet dziesięciolecia, że sytuacja miasta jest kwitnąca: zadłużenie spada, inwestycje rosną i wszystko jest robione za pół ceny to wierząc we własną nieomylność konsekwentnie oczekiwał, że świat dostosuje się do jego oczekiwań. Świat niestety olał nieomylność i oczekiwania Truskolaskiego i zażądał cen realnych. Piszę niestety, bo gdyby w tej sprawie wykonawcy dostosowali się do nadziei prezydenta to mniej kasy m. in. z  moich podatków poszłoby na inwestycje - nawet jeśli uważam je za zbędne. Truskolaski i jego ekipa bardzo długo uparcie wolała trzymać się propagandowego budżetu i cyfr zamiast od razu uczciwie podejść do rzeczy i przyznać: tak przestrzeliliśmy, deficyt będzie większy i sytuacja nie jest tak różowa jak to malowaliśmy. Przyznanie się do błędu w sytuacji, gdy okoliczności go usprawiedliwiały byłoby naturalnym zachowaniem i spotkałoby się ze zrozumieniem. No, ale wtedy padłyby dwa mity: że Tadeusz Truskolaski wszystkie wie najlepiej i drugi, że budżet miejski jest w fantastycznym stanie. Pojawiłyby się pytania o to jaki ten deficyt faktycznie jest i jaki ma związek z zaniechaniami inwestycyjnymi z lat ubiegłych. Spytano by też: ile naprawdę kosztują te drogowe wydumki pana prezydenta? Może padłoby z ust radnych pytanie co jest z rewitalizacją miasta i dlaczego w Białymstoku jej nie ma skoro znacznie mniejsze Łomża, Łapy, Bielsk Podlaski czy Dąbrowa Białostocka i Sejny już ją opracowały i realizują? Dlatego prezydent wolał udawać, że nic złego się nie dzieje.

Obecnie mamy to co było nieuchronne: prezydent i jego ekipa gorączkowo szukają kasy (duuużo większej niż na początku), żeby jednak zbudować te drogi, bo umowa z UE jest podpisana i albo droga powstanie albo trzeba będzie nie tylko zwracać całą kasę ale i kary zapłacić. No i skutek kolejny: budowy są droższe niż mogłyby być, bo teraz trzeba je już budować w naprawdę ekspresowym tempie, żeby zdążyć przed terminem określonym umowami z Unią. A każdy przecież wie: tempo ekspresowe to koszty dubeltowe.

Parsknąłem gorzkim śmiechem słuchając piątkowych wywodów Adama Polińskiego i jego obowiązkowej propagandy sukcesu z okazji otwarcia ofert na przebudowę skrzyżowania alei Jana Pawła II z ulicą Narodowych Sił Zbrojnych. Było mniej więcej tak: "hurra, są chętni do budowy i to niewiele drożej niż chcemy!" Panie Adamie - z czego Pan się cieszy? Aż taka radość, że jednak są oferenci i chcą tylko o 11 milionów więcej niż miasto zaplanowało? Cieszy się Pan z tego, że na rondo ze światłami sterowanymi przez obłąkany System Zarządzania Ruchem (wydaliście na ten zbędny bubel kilkadziesiąt milionów) wydacie grubo więcej niż na planowane tam wcześniej dwupoziomowe skrzyżowanie? Raduje się Pan, że główny sens Trasy Niepodległości czyli rozładowanie korków na wlocie od strony Warszawy i Ełku ma załatwić rondo? W cuda wierzycie, że rondo jest tańsze i lepsze niż dwupoziome skrzyżowania, od których gęsto przy osiedlowych uliczkach? A jeśli rondo jest tańsze i lepsze to czemu nie pojawiło się na pierwotnym - wypasionym - planie Trasy Niepodległości? Nie wierzę, że "uszczęśliwiacie" trzy wielkie dzielnice mieszkaniowe miejską ekspresówką z tirami tylko po to, żeby wszyscy dalej stali w korkach tyle, że teraz od strony Warszawy i Ełku? Po to wydane zostało te kilkaset milionów, a ludzie będą mieli pod oknami trasę tranzytową Warszawa/Ełk - Lublin? Bo chyba Pan nie wierzy, że ta droga posłuży tylko dla ruchu lokalnego. A jeśli Pan w to wierzy to może Pan już teraz umawiać się z Kononowiczem i tworzyć z nim wspólną strategię dla miasta, bo to godny partner dla pańskiego intelektu.

Co tu jest sukcesem? Że trzeba "tylko" znaleźć 11 milionów i będzie Trasa jak ta lala. 11 milionów to jest mało i to powód do zadowolenia? To mam pytanie: czy ja dobrze pamiętam, że jak trzeba było pół roku temu znaleźć 16 milionów na pas startowy na Krywlanach to była to kwota niebotyczna i poza zasięgiem miasta? Czy ostatnio coś się drastycznie polepszyło w finansowej sytuacji miasta czy może przeoczyłem miliardową wygraną w Totka na kupon kupiony z komunalnych środków? A 100 milionów na węzeł Porosły to skąd weźmiecie? Bo w miejskiej kasie ich nie ma. Naprawdę wierzy Pan w to, że dyrektor Sulima z PZDW i ludowcy z sejmiku znajdą pieniądze na ten cel? Jeśli nawet znajdą to upewniam Pana, że marszałkowie z PSL są z okolic Siemiatycz i Zambrowa i to właśnie tam zechcą je wydać przed wyborami. Albo trafią do Sokółki, gdzie już powstaje jakże potrzebny wiadukt nad torami przez które jeździ 5-10 pociągów na dobę.

Nie powiem, co Białystok dostanie na ten cel, bo nie chcę się wyrażać. W Urzędzie Marszałkowskim i tak doskonale wiedzą, że nie  wydadzą na czas kasy przyznanej z Unii, a obecnie gra idzie o to, żeby wydać jak najwięcej ale z jak największym zyskiem na wyborach. Białystok w planach wyborczych PSL jest spisany na straty. Przypominam, że PSL ma większość w koalicji i ludzi w PZDW, a nie koalicjant Truskolaskiego z PO. Inna rzecz, że PO wcale nie życzy ekipie Tadeusza Truskolaskiego dobrze więc ta wtopa nie będzie jej porażką. Będzie klęską obecnego prezydenta i jego ekipy. Koniec, kropka.

I tak płynnie przeszedłem do kiełbaski wyborczej władców Marszałkowa (tak ulica potocznie nazywa Podlaski Urząd Marszałkowski). Tutaj kiełbasę dla Białegostoku rozdawać może jedynie Maciej Żywno, kryptokandydat PO na prezydenta. Nazywam go krypto, bo twierdzi że nim nie jest, choć powszechnie wiadomo, że jest inaczej. Krypto jest też dlatego, że od dawna zachowuje się tak jak kandydat na fotel prezydenta. Sam zresztą bardzo gorąco tego stanowiska pragnie, bo to dla niego jedyna szansa urwania się z partyjnej krótkiej smyczy, na której - jako wicemarszałek - ciągle się znajduje. Lansuje się zatem gdzie tylko może i bywa wszędzie tam, gdzie mogą pojawić się jego potencjalni wyborcy. Kamery go omijają, bo publiczne przekaziory mają podobno "embargo" na marszałków.

Skutek jest taki, że gdy przypada na mnie redakcyjny czas dyżurnego biegania na konferencje prasowe z udziałem marszałków to potem mam lęk przed otwarciem lodówki. Mam schizę, że i tam też zobaczę życzliwe oblicze marszałka Macieja. No bo skoro jest wszędzie to czemu lodówka miałaby być bezpieczna? Żywno może najwięcej w kulturze (podlega mu ona w marszałkowie), więc tutaj stara się udzielać jak najwięcej. Dodatkowo gania na wszystkie - nawet najbardziej banalne - konferencje, spędy i spotkania dotyczące funduszy unijnych i podpisuje w świetle fleszy wszystkie możliwe umowy na dotacje. Na jego miejscu piekliłbym się na podwładnych, że tych umów nie przygotowują mu więcej, bo to zwiększa szansę na lans. A umów jest za mało o czym głośno mówi rząd. Podlasie ciągnie się w ogonie wykorzystania środków unijnych zajmując 16 miejsce. Ostatnio byłem na spotkaniu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju i usłyszałem dowcip na temat Podlasia:

- Co by było gdyby w Polsce było 18 województw?
- Nic nowego - Podlasie też miałoby ostatnie miejsce.

Gorzkie, ale prawdziwe. Pan kryptokandydat zapiera się wprawdzie, że ostatnie miejsce Podlasia jest dlatego, że się rządowi urzędnicy z PiS uwzięli na ludowo-platformiany zarząd, ale ja tego nie kupuję. Jeśli mnie pamięć nie myli to w czternastu innych województwach w Polsce też rządzi PO z PSL przy boku (lub odwrotnie). Nikt mnie nie przekona, że na Pomorzu czy Opolu (liderzy w absorpcji środków unijnych) wojewódzkie koalicje PO-PSL łączy miłość z pisowskim rządem centralnym. Powiedziałbym, że sondaże na Pomorzu są dla PiS bardziej bezwzględne niż na Podlasiu, więc teoretycznie powodów do prześladowań jest tam więcej. Tymczasem to właśnie tam środki wydawane są najsprawniej. Nie uważam też, że to Krzysztof Jurgiel, minister od rolnictwa, ma aż tak gigantyczne wpływy w rządzie, by był największym pis-owskim Herodem dybiącym na peo-peeselowskie niewiniątka z zarządu województwa.

Panie Macieju, sorry, ale nie kupuję tej bajki. Podlasie m. in. pod Pana rządami - jak mawiał niezapomniany Kisiel - jest w głębokiej dupie i - co gorsza - zaczyna się w niej urządzać. A jest tak dlatego, że nie potraficie rządzić. Nie będę się uzewnętrzniał na temat wszystkich przyczyn klapy, ale wystarczy że dokładnie przeanalizujecie sobie całość swojej "sprawnej współpracy" z koalicjantem i wszystko stanie się jasne. Nepotyzm w PDZW, tolerowanie wiernych chociaż miernych i inne grzeszki. Grzecznie proszę kryptokandydata, aby budując narrację na własną kampanię wyborczą nie używał jednak argumentów  o sprawnym rządzeniu regionem i sukcesów w wydawaniu unijnej kasy, bo mogę okazać się brutalnie szczery. Sugeruję kiełbasę wyborczą oprzeć na sprawnych działaniach w Ochotniczej Straży Pożarnej, próbach chóru, harcerskiej balladzie i jednym procencie dla NGO-s. W tych sprawach oddaję Panu palmę pierwszeństwa i całe pole do wykorzystania.

O radnych PO tylko wspomnę poczynając od debilnego pomysłu na temat dopłat do żłobków. Radny Maciej Biernacki do spółki z bliźniakiem Tomaszem Janczyło uczynili się ekspertami od edukacji i opieki najmłodszych i orzekli, że pora pomóc rodzicom. I liberalny pomysł (niech rodzice wybierają gdzie posłać pociechy) połączyli z socjalnym rozdawaniem kasy tak obcym ideologii PO (partia kasę i owszem rozdaje, ale swoim!). Przeoczyli fakt, że w przeszłości i obecnie istnieje kilka instrumentów lepszych i tańszych dla kasy miasta do rozwiązania sprawy braku miejsc w żłobkach. Kolejny genialny pomysł to debaty z mieszkańcami na temat spraw ważnych dla miasta. Zadziwiające jest jak radni PO gwałtownie chcą rozmów z białostoczanami, kiedy nadciągają wybory. Nie czują ich za to gdy są w Radzie w większości i gdy do terminu wyborów jeszcze daleko. Wtedy debata z mieszkańcami ich nie nęci.

Kiełbasą - a raczej jadem kiełbasianym - śmierdzi ostatni występ radnego Biernackiego, który posądził o sprzyjanie przez radnych PiS i jego szefostwo prywatnym biznesmenom i deweloperom. Było to ponoć przy uchwalaniu studium zagospodarowania miasta.  Patrzyłem na to i nie wierzyłem własnym oczom! Ubrał się diabeł w ornat i ogonem na mszę dzwoni! Aż nie mogę przypomnieć sobie którym to deweloperom miasto - za zgodą i aprobatą PO - budowało infrastruktury drogowe, wywłaszczało ludzi specustawą drogową by powstały tam parkingi i czyniło większe i mniejsze uprzejmości proponując różne idiotyczne i szkodliwe zmiany w miejscowych planach zagospodarowania. A radni PO łykali to jak pelikan żabę i skwapliwie podnosili łapki prychając z oburzeniem, kiedy się ich posądzało o sprzyjanie jednym kosztem drugich. Może podejrzenia w kręgach PO dowodzą prawdziwości porzekadła, że na złodzieju czapka gore?

Na koniec PiS-owska kiełbasa. Tej jest najmniej, ale to nie znaczy, że z powodu braku chęci. O co to to nie! Chęci wiele, ale możliwości mniej niż u prezydenta, PO czy PSL-u. Radni mają mniejsze kompetencje produkcji i dystrybucji kiełbasy, a radni sejmikowi w opozycji mogą co najwyżej obiecać kołek od kiełbasy. W naszej gminie (wszak koszula najbliższa ciału) PiS ma większość w Radzie Miasta i teoretycznie mógłby całkiem sporo. Obiecywał wpływ mieszkańców na inwestycje, zmniejszenie kosztów administracji, spółek komunalnych, większą transparentność. I co? Partacko przygotowane pomysły np. w sprawie partnerstwa publiczno-prywatnego nie doczekały się niczego innego poza konferencjami prasowymi i gadaniem na ten temat.

Realizacji pomysłów w praktyce brak, w nadmiarze za to jest gadania o imponderabiliach: nazwach ulic, placów, pomnikach. To ważne, ale dla mieszkańców ważniejsze ciągle jest jednak, aby wiedzieć że jeśli włożą własną złotówkę na remont dziur w ulicy czy budowę przejścia to miasto szybciej im to zbuduje. A podstaw do tego brak. Brak jest też studium rozwoju miasta, choć od roku czasu radni walczą z jego tematyką. Ponoć dlatego, że konsultowali to z Radami Osiedla, jakby to w nich siedzieli eksperci od planowania. Radni osiedlowi zrozumieją mniej więcej tyle samo z tych map i opisów co radni miejscy, a to czego brak obu gronom to ekspertów i doradców, którzy wytłumaczą im, że ta kreska na mapie to droga, a tamta oznacza wycięcie drzew i parking - tak dla przykładu.

Kolejny pomysł to likwidacja spółek komunalnych i połączenie ich w jeden twór. Nikt poza prezydentem Tadeuszem Truskolaskim, szefami tych spółek i być może pracownikami nie wierzy w to, że istnienie trzech podobno konkurencyjnych wobec siebie spółek komunalnych daje efekt lepszej komunikacji. Poza Białymstokiem nikt nie wpadł na tak rewolucyjny pomysł i nikt go nie realizuje, a komunikacja miejska radzi sobie w innych metropoliach równie dobrze lub nawet lepiej. A już na pewno zdecydowanie taniej (skoro niektóre miasta stać na zwolnienia dla mieszkańców z biletów albo bardzo duże i korzystne zniżki, których w naszym mieście nie ma). Przez 3 lata na temat panuje cisza aż tu nagle: trach! I pada pomysł - likwidujemy! Nawet bez próby wyliczeń o ile to taniej, jak to zrobić i co z tego wynika. Ani słowa co to znaczy dla pracowników. Nic! Kiełbasa wyborcza do pomachania dla elektoratu. Kwestia tańszych biletów komunikacji niestety też pachnie kiełbasą, bo i termin i sposób wykonania budzi skojarzenia z wyborami. Tymczasem PiS ma w rękach wyniki prawdziwych ankiet i konsultacji społecznych, które prowadził jesienią 2017. I ani się tym nie chwali ani o tym nie wspomina mówiąc: wiemy co chcą mieszkańcy i to zrealizujemy. A tu nic! Cisza.  

To co wywołuje we mnie realny lęk to fakt, że za tą kiełbasę płacimy wszyscy. Nieważne czy jej chcemy i czy mamy na nią apetyt - ląduje na talerzu i trzeba ją jeść. Nieważne czy jest świeża, czy smaczna i czy z mięsa czy z papieru - wtykają nam ją z lewa, prawa i ze środka. Jeszcze gdyby otwarcie mówili, że to wyborcza to miałbym wrażenie pewnej - pokrętnej ale jednak - uczciwości. Tymczasem ten poczęstunek wszyscy określają mianem przypadkowe i na nasze życzenie. Oby się to nie skończyło naszą wspólną niestrawnością! Ja tej kiełbasy nie dotknę i wam też odradzam.

(Przemysław Sarosiek/ Foto: BI-Foto)


Taka gmina: Kiełbasa wyborcza do obrzydzenia komentarze opinie

  • gość 2018-03-11 21:40:33

    11 milionów pewnie dałoby się oszczędzić. Kilka milionów rocznie miasta dokłada do Jagiellonii. Fajnie mieć topową drużynę. Lud ma "igrzyska", ale praktycznych korzyści dla miasta. Kiedyś prezes Strzałkowski obiecywał, że jak Jagiellonia dostanie teren przy Jurowieckiej, to się będzie samofinansować. Po kilku latach tereny trafiły do developerów... W międzyczasie miasto wybudowało dla Jagiellonii stadion za 200mln. Może już wystarczy, gdyż Jagiellonia, to prywatna spółka.

  • gość 2018-03-11 21:41:29

    11 milionów pewnie dałoby się oszczędzić. Kilka milionów rocznie miasta dokłada do Jagiellonii. Fajnie mieć topową drużynę. Lud ma "igrzyska", ale praktycznych korzyści dla miasta. Kiedyś prezes Strzałkowski obiecywał, że jak Jagiellonia dostanie teren przy Jurowieckiej, to się będzie samofinansować. Po kilku latach tereny trafiły do developerów... W międzyczasie miasto wybudowało dla Jagiellonii stadion za 200mln. Może już wystarczy, gdyż Jagiellonia, to prywatna spółka.

  • gość 2018-03-13 07:09:40

    Ja słów kilka do Pana Redaktora. Miło mi się czyta jaka to władza zła...a opozycja mniej zła...niedługo będzie Pan miał Dobra Zmianę:) Wtedy będzie kogo chwalić. Pozdrawiam

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na ddb24.pl