15°C rozproszone chmury

Taka gmina: Na białostockich polityków to jestem za jajogłowy.

Felietony, gmina białostockich polityków jestem jajogłowy - zdjęcie, fotografia

Zachowania i zwyczaje białostockich polityków od zawsze jest dla mnie miejscem, w którym prawa logiki nie mają dostępu. I nawet świadomość, że wiele da się wytłumaczyć rozwiniętą nad miarę hipokryzją i teatrem odgrywanym na potrzeby opinii publicznej nie pozwala mi pojąć przyczyn ich zachowań i ich motywacji. Ostatni tydzień przyniósł kilka kolejnych znaczących przypadków, gdzie mój intelekt odmówił posłuszeństwa. Widać jestem za bardzo jajogłowy, żeby ich zrozumieć. Poniżej kilka przykładów.

Przykład pierwszy z brzegu: zabytki w Białymstoku. Nasze miasto nie jest szczególnie stare, więc i zabytków w nim wiele być nie może. Jeszcze w XVII wieku - czyli u schyłku szlacheckiej Rzeczpospolitej - było wsią mieszczącą się przy Pałacu Branickich. Powinniśmy zatem na każde miejsce z zabytkową zabudową chuchać i dmuchać. Tymczasem... pozwalam im niszczeć, rozpadać się, walić, a w końcu to co zostaje trzeba - w trosce o zdrowie przechodów - rozwalić całkowicie. Ponadto miasto beztrosko sprzedaje (głównie za bezcen) te nieliczne zabytkowe budynki, które ma. Stosuje najpierw metodę: sprzedaję ze zniżką, ale Ty - nowy właścicielu - masz wyremontować ten budynek. A potem zapomina i olewa temat, a lokal niszczeje. Kiedy padnie w gruzy jego odbudowa wcale nie musi nawiązywać do tego co właśnie uległo zniszczeniu. Pytanie czy robi to specjalnie czy przypadkowo nie ma znaczenia, bo co to w końcu za różnica czy decydentem jest głupiec czy przestępca? W sumie efekt jest ten sam: zabytku nie, powstaje apartamentowiec, a władze miasta pozują na tle budynków, które do nich nie należą i w których świetności mają żaden lub niewielki udział.

Przykładów, gdy prezydent, jego zastępcy, radni i inni wielcy białostockiej polityki pozują na tle pałacu Branickich, katedry czy zabytkowych pałacyków jest mnóstwo. Za jakiś czas - kiedy drewniany Białystok spłonie po spontanicznych samozapłonach (tak bardzo na rękę deweloperom planującym tam inwestycje) i zawali się, któryś z decydentów (może wszyscy) powiedzą: "Ojej, jaka szkoda. Nie wiedzieliśmy. Chcieliśmy dobrze. Ale co my mogliśmy zrobić?". Heh... ciśnie mi się na usta oczywista odpowiedź, że ideałem byłby prezydent, radny czy urzędnik, który zawsze chciałby źle i któremu też by nie wyszło. Plus drugie: nie pcham się do ochrony zabytków, bo nie mam o tym pojęcia, ale podobny stan wiedzy co mój nie przeszkadza obecnym rządzącym w obronie stołków i stanowisk. Na marginesie - na miejscu Rafała Rudnickiego staranniej dobierałbym słowa chwaląc się tym jak miasto dba o zabytki w sytuacji, gdy jedna miejska kamienica przy bierności magistratu została zawalana, druga się wali, a Domek Napoleona przypomina miejsce, w którym Napoleon bił się z Rosjanami. 

Inny temat to pieniądze i zarobki. Rzecznik Urszula Mirończuk oświadczyła, że w PiS-ie jest parę antyprzykładów dla tezy, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy. I trafiła rykoszetem w swojego szefa. Bo jeśli komuś majątek wzrósł dziesięciokrotnie od czasu kiedy został politykiem (wcześniej rósł w tempie wolniejszym) to naprawdę trzeba mieć tupet, żeby wytykać to stronie przeciwnej. Nie znam żadnego polityka miejskiego po stronie PiS, którego majątek wzrósłby tak szybko, w tak krótkim czasie. I znowu podkreślę dla niekumatych twierdzących, że czepiam się tego, że Truskolaski haruje na dwóch posadach, odkłada i jest dobrze wynagradzanym fachowcem: majątek prezydenta ani mnie ziębi ani grzeje. Pracuje to pracuje, zarabia tyle ile zarabia, na zdrowie. Ale twierdzić, że przez politykę nie doszło się do majątku (legalnie, żeby nie było wątpliwości) to nawet nie jest hipokryzja. To coś na co w języku polskim nie ma określenia.

Inna sprawa, że ja akurat nie zauważam, aby Tadeusz Truskolaski zapracowywał się. Znam liczne osoby, które miały i czasami mają z nim zajęcia na uczelni i - wedle ich słów - to nie jest wykładowca - tytan pracy. W urzędzie też - poza udziałem w konferencjach - prezydent nie uchodzi za pracowitą pszczółkę. Może kiedyś - w pierwszych latach rządów faktycznie tak było. Teraz zdecydowanie nie: Tadeusz Truskolaski woli lans, otwieranie, politykowanie i brylowanie. Jeśli większość białostoczan uważa, że to rola prezydenta, oddaje mu swój głos i za to płaci to ja to szanuję, bo to wola większości. Własne zdanie w tej sprawie mam jednak całkiem inne. Dlatego nieco bulwersuje mnie, że przy tak marnej drugiej i pełnej katastrofalnych wpadek trzeciej, kadencji zarabia tak świetnie. I jako jego pracodawca - jeden z kilkuset tysięcy - mam prawo kręcić nosem i właśnie z prawa tego korzystam uważając, że przepłacam.

Temat trzeci to kwestia doboru słów i intencji. Biblijna rzekłbym od przypowieści o belce, źdźble i oku. Radny Maciej Biernacki całkiem niedawno dostrzegł, że klub PiS przyjmując poprawki do studium zagospodarowania miasta (taka urbanistyczna konstytucja Białegostoku) przyjął i takie, które mogą przynieść korzyść kilku firmom i osobom. I że jest to naganne i na pewno dlatego, że kilku polityków PiS pracowało (pracuje?) i utrzymywało (utrzymuje?) kontakty osobiste z beneficjentami tych głosowań. Radośnie się uśmiałem z tych spostrzeżeń. Nie mam zdania, nie analizowałem, ale przyjmę przez chwile założenie, że to jest prawda. Znają się i pracują z osobami, które na uchwale zyskały. Czy to jest zabronione, podejrzanie etycznie? A jeśli tak to ja bardzo proszę pana radnego Biernackiego o kilka słów komentarza do wielkich przedwyborczych banerów kolegi z klubu: radnego Tomasza Janczyły na budynkach, których właściciele dostali potem korzystne dla siebie decyzje od magistratu. Tego samego, w którym rządzi popierany przez PO prezydent i jego zastępcy z PO. Czy nie razi pana radnego fakt, że gigantyczne reklamy wiadomych osób wisiały przez całą kampanię na budynkach deweloperów, którzy potem robili doskonałe interesy z miastem? Znam stawki reklam w czasie wyborów i już tylko jeden wielki baner wyczerpywał prawie całe dopuszczalne koszty jeśli policzono by go po komercyjnych stawkach.

Od razu mówię - do prokuratury z tym nie idę, bo prostodusznie uważam, że ludzie są z natury jednak uczciwi i to wszystko zbieg okoliczności. Ale dziwię się, że rewolucyjnie czujny i podejrzliwy radny Maciej nie poszedł śladami kolegi po fachu - posła Krzysztofa Truskolaskiego i jeszcze w towarzystwie dziennikarzy (pan poseł inaczej do prokuratory nie chadza) nie poleciał z donosem. Skoro była korupcja to panie radny - adres prokuratury pan zna. Wskazać drogę czy może podwieźć żeby Pan na pewno trafił? Z WORD-u, gdzie podobno pan pracuje droga jest raczej prosta. Spacerkiem pan dojdzie. Bo jeśli jednak pan tam się nie wybiera to przedwojenną metodą - pod stół pan wleź i odszczekaj oszczerstwa. Tu albo była korupcja albo nie. Nikt nie może być trochę w ciąży - radny Biernacki również. 

I sprawa ostatnia to senator Jan Dobrzyński i jego spektakularny upadek w stolicy. Słyszałem już wszystkie możliwe żarty i dowcipy na ten temat: od ruchomości schodów i jazdy po poręczy po słoika na gościnnych występach. Jak było naprawdę pojęcia nie mam: senator Dobrzyński był faktycznie w szpitalu i nie pokazuje twarzy publicznie nigdzie. Jeśli jest pozszywany, połamany i poobijany to mu się w sumie nie dziwię, a tłumaczyć się że się nie jest wielbłądem - nawet jak się ma coś za uszami - nie fajnie. Dziwi mnie jednak to milczenie. Napić się za dużo, przerwócić i zrobić sobie krzywdę (zwłaszcza jak to nie w pracy) może się zdarzyć. Niedobrze jeśli to zdarza się osobie publicznej, bo przywileje stanu polityka idą w parze z wadami. A wśród tych ostatnich jest to, że jak się nie świeci przykładem (upadki w stanie nietrzeźwym z pewnośćią do tego nie należą) to trzeba liczyć się z potępieniem mediów i zwykłych Kowalskich i Łapińskich. Rzecz w tym, że warto byłoby powiedzieć jasno jak było, jeśli trzeba przeprosić i zachować się jak dorosły człowiek a nie dziecko, które nabroiło, wlazło pod kołdrę i udaje, że go tam nie ma. W tej sprawie senator Jan, którego zresztą prywatnie bardzo lubię i cenię, wpisuje się w tą grupę białostockich polityków, których zachowanie mija się z logiką i rozumem. 

Na sam koniec: jest taki poseł Nowoczesnej. Nazywa się Misiło i ma psa-szpica. Po sobotniej konwencji Koalicji Obywatelskiej (notabene ta nazwa to będzie nowy szczyt zaorania, bo i kojarzy się z Milicją Obywatelską i skrót KO z nokautem - w tym przypadku autonokautem) puśćił w Twicie switfocie ze swoim psem i dopiskiem "Jarek... idziemy po Twojego kota". Internauci tego nie odpuścili: "to pies w wersji demo", "Żeby Jarek z kotem nie przyszli po waszą myszkę", "Prosta zasada - piłeś, nie pisz", "Psa poznaję, a ten gość", "Jeśli kot nie umrze ze  śmiechu to może przeżyjecie" i najlepsze na koniec "ale weźmiecie ze sobą jakieś wsparcie". Po co piszę o jakimś bliżej nieznanym, ale bardzo śmiesznym pośle Nowoczesnej? Bo podobno poseł Krzysztof nauczył się obsługiwać Tweetera. Nie mogę się doczekać JEGO selfie. 

(Przemysław Sarosiek/ Foto: BI-Foto)


Taka gmina: Na białostockich polityków to jestem za jajogłowy. komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na ddb24.pl