Taka gmina: Nieśmieszny żart czyli demokracja w prezydentiacie?

Zbiorcza - bez kategorii, gmina Nieśmieszny żart czyli demokracja prezydentiacie - zdjęcie, fotografia



Są takie żarty do których trzeba dojrzeć. Dopiero po dłuższym czasie zaczynają śmieszyć, gdy słuchający się zastanowi, albo... zestarzeje. Są jednak takie dowcipy, które nigdy nie będą śmieszne, a jedynie autor jest nimi rozbawiony. Takim żartem jest System Zarządzania Ruchem w Białymstoku. Inteligentny. Alternatywnie inteligentny ściśle mówiąc. Lub wręcz nieinteligentny, jak jego twórcy.

Tematem tego felietonu nie jest jednak SRZ, choć palce mnie swędzą, aby napisać więcej na ten temat. Nieszczęsny system jest jedynie przykładem pewnego rodzaju niezabawnych żartów jakimi władza bawi obywateli. Władza, czyli Jego Ekscelencja Tadeusz Truskolaski, a obywatele czyli my – Białostoczanie.

Nie ukrywam – nie lubię Tadeusza Truskolaskiego. Z tego powodu można mnie uznać za osobę nieobiektywną. Jest jednak małe, lecz zasadnicze „ale”. To powód, dla którego nie mam dla niego sympatii. A jest nim mieszanka arogancji, hipokryzji i przekonania, że "to ja wiem najlepiej". Ten ostatni składnik powoduje, że decyzje prezydenta są jak żarty, z których śmieje się tylko sam autor: żenujące, zawstydzające i budzące agresję.

Przesadzam? To proszę: System Zarządzania Ruchem. Nie odmówię sobie podniesienia tego tematu. Wydano 28 milionów. Sporą część ze środków europejskich, ale część pochodziła z naszych podatków. Inwestycja okazała się mało trafiona: system zawodził, bo tworzył problemy zamiast je rozwiązywać. Im bardziej podkręcano jego inteligencję, tym było ich więcej. W końcu orzeczono: potrzebny jest czas, aby się nauczył. Choć system nie jest człowiekiem, a programem komputerowym, potrzebował czasu. Zadziwiające, bo nie sądziłem że sztuczna inteligencja (napisanie tego ostatniego słowa w stosunku do SRZ przyszło mi z ogromnym trudem) wymaga tygodni, miesięcy i lat na naukę. A jednak – niewiarygodne, ale prawdziwe. A co działało w SRZ od początku? Kasa fiskalna połączona z kamerami. Światła tworzyły problem, bo system się uczył. Kierowcy padali ofiarą problemu, bo za cholerę nie potrafili zaakceptować faktu, że czas na przejazd sznura aut trwa 3-4 sekundy. A kasa działała: robiła zdjęcia, wysyłała mandaty i... pęczniała. Z punktu widzenia prezydenta problem nie istniał, a kierowcy byli obiektywnie winni. Dlaczego? Wjeżdżali na skrzyżowania na czerwonym? Wjeżdżali! No to są winni i "proszępłacićpięćsetsięnależy". To prezydentiat w czystej postaci. Tak nazywam system rządów w Białymstoku, który polega na tym, że na szczycie jest prezydent – źródło praw, punkt odniesienia i najwyższa mądrość. Reszta Białegostoku włącznie z radnymi to pionki w grze, którą rozgrywa prezydent.

Prezydentiat to sposób sprawowania władzy przez rząd, który opiera się na złudzeniu, że skoro ma pełnię władzy wykonawczej, to wszystko wie najlepiej, bo ma najwięcej danych. Skutek: coraz większe ego i oderwanie od rzeczywistości człowieka na najwyższym stanowisku. W prezydentiacie charakterystyczny jest brak podstawowej dla demokracji konwersacji między rządzącym, a rządzonymi. Obie strony traktują się nieufnie, patrzą na swoje działania jak na celową próbę wprowadzenia w błąd i od samego początku nie wierzą w jakiegokolwiek porozumienie. Jedyny element demokratyczny w prezydentiacie to wybory. Przy czym nie są to wybory prezydenta na czteroletnią kadencję: to wybory despoty, które od autokracji różni to, że władca nie jest wybierany dożywotnio ale tylko raz na 4 lata.

W normalnym świecie prezydent (wójt, burmistrz) widząc problem obywateli zastanowiłby się, czy na pewno jest dobrze, skoro są niezadowoleni. I dopuściłby możliwość, że SRZ działa źle. W prezydentiacie system działa dobrze, bo prezydent zdecydował, że jest potrzebny. A skoro on tak zdecydował, to system musi być dobry. Niezadowolenie obywateli? A cóż to takiego? Niezadowolenie prezydenta – o to jest problem! Obywatele mówią, że chcą zmiany systemu? Nie mają racji, bo prezydent wie lepiej. System ma działać i już.



No i mamy bubel za 28 milionów, który ma się sam naprawić, bo prezydent nie dopuszcza możliwości, że system jest do chrzanu. A system ma taką samą skłonność do autonaprawy, jak dębowa szafa do zapuszczenia korzeni. Teoretycznie możliwe, w praktyce bez szans. Magistrat zaś prezentuje dane i urzędową radość, mieszkańcy pokazują palce (wybierzcie który, z wyłączeniem dwóch skrajnych) i ogólne wkurw.... A system ciągle działa, działa i działa i nieustannie się uczy.

Inny przykład. Budowa wewnętrznej obwodnicy przez dwie wielkie dzielnice będące sypialnią Białegostoku. Obwodnica wewnętrzna – to logicznie takie samo zjawisko – jak okno w podłodze, ale nie dla prezydentiatu. Ważne jest, że wiele lat temu narysowano na mapie te drogi. A że wtedy jeszcze po Zielonych Wzgórzach kicały zające, a na Leśnej Dolinie hasały radośnie dziki? Nieważne! Prezydent spojrzał na mapę i uznał, że drogi mają biec po staremu. On wie lepiej. Będą ekrany akustyczne, drogi podziemne, mosty i cuda na kiju, ale droga ma biec tak, jak on powiedział. Zmiana teraz niemożliwa, bo przecież koszta... Koszty mieszkańców, pod których domem pojawi się czteropasmówka pełna tirów, smród spalin, hałas i inne atrakcje, nie są żadnymi kosztami. To fanaberie. Prawdziwe koszta, to słupki w budżecie prezydenta, a wszak jak w grze SIMS – liczy się bilans. Ludzie też traktowani są jak postacie w grze: ich emocje są nieważne, ważny jest cel gry. Cel jest zawsze bezosobowy, abstrakcyjny. Przypadkiem zawsze zgodny z celem prezydenta i tak zwanego dobra powszechnego. Nie rozumiem tylko dlaczego cel obywatela i dobro obywatela musi być podporządkowane celom i dobru prezydenta. Czy to nie powinno być odwrotnie?

Trzeci przykład: hala sportowo-widowiska. Pomińmy przez chwilę kwestie czy jest ona w ogóle potrzebna, ale skoncentrujmy się na sposobie postępowania. Prezydent zadecydował jaka ma być ta hala, do czego służyć i jakie mieć elementy. Gdy szczegóły wyszły na jaw, pojawił się opór sporej części środowiska sportowego, dla którego powstaje ta hala. Nie podobała im się ta koncepcja. Poparł ich minister sportu, który powiedział, że nie da pieniędzy na obiekt, który powstaje w kontrze do sportowców. Ale prezydent wie lepiej. Dalej uparcie opowiada swój żart, z którego nikt się nie śmieje i wciąż najlepiej wie, co jest dobre dla sportowców. Wprawdzie sportów nie uprawia od dość dawna ale... wie. I podpisuje umowę za 3 bańki, żeby projekt hali powstał taki, jak on – prezydent – ustalił. Jak projekt powstanie, to radni będą i tak musieli mu klepnąć tę budowę, bo przecież inaczej to 3 bańki pójdą psu w... Wiecie Państwo gdzie pójdą.

Innych przykładów praktycznego działania prezydentiatu jest więcej: budowa drogi przy ul. Angielskiej, upór w przerabianiu Dojlid w coś dziwnego, awantura o parking państwa Bzurów, czy teraz wojna w budowę bloków na Mickiewicza. Wszystko łączy wspólny mianownik: prezydent wie lepiej.

Kiedy głupota postępowania prezydentiatu staje się zbyt oczywista przychodzi pora na rytuał o nazwie "konsultacje". Ogólnie jest to pożyteczna rzecz – ma służyć rozmowom między obywatelami, a władzą, a jej celem jest poznanie opinii mieszkańców i ewentualne ustalenie kompromisowych ustaleń, jeśli oczekiwania mieszkańców i władz mijają się. Ogólne założenie to takie, żeby w konsultacjach brała jak największa liczba osób, którzy wyrażają swoje oczekiwania. A w Białymstoku? Konsultacje "made in prezydentiat" tak się mają do konsultacji, jak krzesło do krzesła elektrycznego. W Białymstoku ostatnie konsultacje polegają na pozorach. Najpierw sama organizacja konsultacji: dbałość o jak najliczniejszy w niej udział, nie spędza snu z powiek organizatorom. Wyjątek to okres przedwyborczy, kiedy ludzie prezydenta gotowi są zastukać do każdych drzwi i zaprosić na spotkanie. W innym okresie o konsultacjach ludzie dowiadują się z oficjalnych stron miejskich lub BIP-ów, ewentualnie gdzieś tam zawiśnie jakieś świstek papieru zwany na wyrost ogłoszeniem. Tych pierwszych nikt nie czyta, podobnie jak papierowych ogłoszeń na słupach. Na dowód tego, że to wina intencji niech świadczy fakt, że kiedy prezydent chce, to potrafi trąbić o wydarzeniu bardzo głośno – jak ostatnio o rekonstrukcji Bitwy Białostockiej. Aż strach było otworzyć lodówkę... Ale to wszystko w sumie ma niewielkie znaczenie, bo ogłaszane i zapowiadane konsultacje i tak odbywają się w godzinach, kiedy większość ludzi jest w pracy. I tyle? I już? O nie!

Kiedy już obywatel jakoś jednak dowie się o konsultacji i trafi na nią, to często uczestniczy w demonstracji zamiast konsultacjach. Mieszkańcy, którzy idą na spotkanie zazwyczaj idą tam protestować przeciwko pomysłom miasta. Często gwałtownie, kiedy – na tychże konsultacjach – poznają co bardziej kontrowersyjne szczegóły pomysłu prezydendiatu. A w odpowiedzi co słyszą? Są dwie szkoły: zapewnienie, że głosy protestujących zostaną uwzględnione – przy czym prezydentiat odmienne opinie wrzuca do katalogu "niemożliwe, zbyt kosztowne". Druga szkoła: informowanie na spotkaniu, że się nie da, że sprawy zaszły za daleko i należy zaakceptować głos z góry. Zadziwiające, że do kategorii "niemożliwe, zbyt kosztowne" nigdy nie zaliczono obłąkanego pomysłu zainstalowania systemu, który utrudnił ludziom jazdę po mieście, czy wybudowanie dziesiątek kilometrów drogi dla tirów przez najludniejsze dzielnice. Nie posiadam się ze zdziwienia.

A zapomniałbym – jest i trzeci sposób konsultacji: poufny. Prezydent wtedy pyta kogo chce, notuje odpowiedzi, a następnie ogłasza wynik. A gdy zdumione społeczeństwa pyta, gdzie u licha znalazł zwolenników takich durnych pomysłów, prezydentiat mówi "sza, tajemnica. Wiem, ale nie powiem". Tak było w sprawie budowy hali.

Efekt – konsultacje w Białymstoku to rytuał bez znaczenia dla demokracji i nikt już nie bierze ich na poważnie. Uczestnicy nie mają złudzeń, że prezydenta interesują ich poglądy lub pozwoli się do nich przekonać. Prezydent nie ma złudzeń, że jego racje zostaną przyjęte: wszak przeciwnicy to wichrzyciele, wichrzyciele to wrogowie, a z wrogami się nie dyskutuje. Obie strony idą na spotkanie już okopane na swoich pozycjach.

W Białymstoku w ogóle słabo stoimy z praktykowaniem demokracji. Władza wie lepiej, obywatel wie swoje. Dialog między nimi wygląda tak:

A: ja mówię, bo wiem lepiej, a Twoje zdanie jest głupie

B: nie wierzę Ci, bo chcesz mnie oszukać i jesteś przeciw mnie.

I tak bez końca.

W miejsce A i B można wpisać dowolną stronę sporu dodając, że strony w ogóle nie słuchają swoich odpowiedzi. Moje pytanie – czy to jeszcze demokracja, czy już wstęp do wojny domowej, pozostanie chyba bez odpowiedzi. Nie mam jednak wątpliwości, że to nie jest demokracja. I znacznie ważniejsze pytanie na koniec (i tym razem bez odpowiedzi): czy damy radę jeszcze to naprawić?

(Adam Remy/ Foto: BI-Foto)

Reklama

Taka gmina: Nieśmieszny żart czyli demokracja w prezydentiacie? komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez ddb24.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Grupa Optima Sp. z o.o. z siedzibą w Białystok 15-866, Zagumienna 9/1/47

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"