Wstrząsający obraz chorych i cierpiących dzikich zwierząt w samym centrum Białegostoku porusza mieszkańców, którzy od dłuższego czasu bezskutecznie proszą miejskie służby o pomoc. Zwrócili się też z apelem o nagłośnienie sprawy do naszej redakcji. Sprawa dotyczy dzikich lisów bytujących w rejonie kościoła pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny przy ul. Kościelnej, a także w okolicach rzeki Białej i ul. Branickiego. Pojawiają się tam regularnie pojawiają się lisy w fatalnym stanie fizycznym. Zwierzęta są niemal całkowicie pozbawione sierści, pokryte głębokimi, krwawiącymi ranami i widocznymi zmianami skórnymi. Wszystko wskazuje na to, że przechodzą zaawansowany świerzb – bolesną chorobę pasożytniczą, która bez interwencji weterynarza oznacza dla nich wyrok śmierci w męczarniach.
Mieszkańcy Białegostoku alarmowali o dramacie lisów już od lutego tego roku. Niestety, reakcja służb odpowiedzialnych za porządek i bezpieczeństwo w mieście okazała się... żadna. Mimo interwencji mieszkańców i opozycyjnego radnego Henryka Dębowskiego reakcja magistratu nie nastąpiła. Doszło nawet do sytuacji, w której oficer dyżurny Straży Miejskiej w ogóle nie przyjął zgłoszenia, co zapoczątkowało oficjalne postępowanie skargowe. Co prawda w mieście rozstawiono cztery klatki pułapkowe, jednak żadne ze schorowanych zwierząt nie zostało do tej pory odłowione.
Zdenerwowani białostoczanie, widząc bezradność i bierność mundurowych, zaczęli działać na własną rękę. Ludzie przynoszą lisom jedzenie, a niektórzy próbują nawet podawać im leki na świerzb. Takie amatorskie próby leczenia, choć wynikają z serca, nie zastąpią jednak profesjonalnej opieki. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta, ponieważ zarażone pasożytami i agresywne z bólu drapieżniki zaczęły atakować oraz gryźć wyprowadzane na spacery psy.
Dodatkowo w tym samym czasie (czerwiec 2026) podjęta została próba podania szczepionek dzikim lisom na terenie miasta, ale analiza map pokazuje, że dotyczy to dzielnic peryferyjnych położonych na obrzeżach miasta. Nie wiadomo co z lisami zamieszkującymi centrum Białegostoku.
Wobec paraliżu miejskich urzędników do akcji wkroczył białostocki radny Henryk Dębowski, który skierował do władz miasta oficjalne, pilne pismo z żądaniem natychmiastowej interwencji.
– Zwierzęta znajdują się w bardzo złym stanie zdrowia. Posiadają głębokie rany oraz widoczne zmiany skórne, które powodują ich ogromne cierpienie. Sprawa była już zgłaszana do Straży Miejskiej, jednak do chwili obecnej problem nie został skutecznie rozwiązany – punktuje radny Dębowski. – Konieczna jest niezwłoczna interwencja odpowiednich służb i objęcie zwierząt leczeniem. Schronisko dla zwierząt dysponuje opieką weterynaryjną i powinno się zaangażować w działania mające na celu udzielenie pomocy tym cierpiącym zwierzętom.
Reklama
Mimo wcześniejszych wpadek, Straż Miejska przypomina, że eko-patrol ma obowiązek reagować w sytuacjach, gdy dzikie zwierzę jest ranne lub stwarza zagrożenie. Specjaliści apelują jednocześnie o bezwzględną ostrożność – pod żadnym pozorem nie należy zbliżać się do chorych lisów ani puszczać psów ze smyczy, gdyż świerzb jest chorobą wysoce zakaźną. Problem w tym, że strażnicy - jak pokazuje przeszłość - różnie reagują na zgłoszenia w takich sprawach (przeważnie nie reagują wcale, a nawet odmawiają przyjęcia zgłoszenia).
A Ty? Czy widziałeś w swojej okolicy wyłysiałe lisy? Zauważyłeś agresywne zachowania dzikich zwierząt w centrum? Daj nam znać w komentarzu! Jeśli spotkasz chorego drapieżnika, niezwłocznie dzwoń pod numer alarmowy Straży Miejskiej 986 lub ogólny 112.
Udostępnij ten artykuł dalej – wspólnie nagłośnijmy ten problem i zmuśmy miasto do działania!
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze