Mieszkańcy Białegostoku z niedowierzaniem przecierają oczy, patrząc na to, jak pieniądze podatników znikają w bakach miejskich limuzyn. Gdy zwykli białostoczanie oglądają każdą złotówkę przed wizytą na stacji benzynowej, urzędnicy magistratu pod wodzą prezydenta Tadeusza Truskolaskiego sprawiają wrażenie, jakby koszty paliwa w ogóle ich nie dotyczyły. Sprawę postanowili szczegółowo zbadać radni Prawa i Sprawiedliwości – Henryk Dębowski oraz Jacek Krzysztof Chańko. Ich interpelacja miała rzucić światło na gigantyczne wydatki, ale to, co otrzymali w odpowiedzi z magistratu, przypomina raczej festiwal urzędniczego unikactwa niż rzetelną rozliczalność.
Sytuacja brzmi jak zjadliwa anegdota, gdyby nie fakt, że płacimy za nią wszyscy z własnych kieszeni. Radni PiS ujawnili niepokojące dane, z których wynika, że część samochodów służbowych wykorzystywanych przez włodarzy miasta wykazuje absurdalnie wysokie zużycie paliwa. Mówimy tu o spalaniu rzędu od 16,8 do nawet 18 litrów na 100 kilometrów. Co więcej, wozom najwyraźniej nie wystarcza zwykła benzyna – tankowana jest do nich droższa, 98-oktanowa!
Gdy radni Dębowski i Chańko dopytywali, skąd bierze się tak kolosalny apetyt na paliwo, jak dokładnie wyliczane jest średnie zużycie i czy stosowanie droższego paliwa Pb 98 jest wymogiem producenta, z urzędu nadeszła fala ogólników. Zamiast konkretyzacji danych dla każdego auta, radni usłyszeli bezduszne regułki o normach Polskiego Związku Motorowego czy bezgotówkowym systemie kart flotowych. Pytanie, czy ktoś w ogóle sprawdza, czy to spalanie odpowiada jeździe po mieście, czy poza nim, pozostało bez jasnej odpowiedzi.
Przeglądając odpowiedź sygnowaną przez sekretarza miasta Marka Karpieszuka, trudno nie odnieść wrażenia, że włodarze Białegostoku mają w tej sprawie wyjątkowo dużo do ukrycia. W dociekliwej interpelacji radnych PiS padły bardzo konkretne pytania: o szczegółowy spis aut (marka, rok produkcji, moc, cena zakupu), dokładne koszty serwisu i przeglądów w latach 2023–2026, a także o to, w jakich serwisach te auta są naprawiane i na jakich warunkach wyłaniano wykonawców.
Odpowiedź? Próżno szukać przejrzystej tabeli, o którą wnioskowano. Zamiast tego zaserwowano wymówkę, że pełne zestawienie przekazano... kilka miesięcy wcześniej i pozostaje ono aktualne. Czy to oznacza, że włodarze uznali problem za zamknięty, licząc na to, że nikt nie powróci do tematu? Taki polityczny misz-masz i zbywanie radnych reprezentujących mieszkańców Białegostoku to ewidentny unik mający na celu zamiecenie sprawy pod dywan.
Kolejny wątek, który wywołuje ogromne emocje, to wyposażenie aut służbowych przeznaczonych dla prezydenta i jego zastępców. Radni PiS postanowili zweryfikować, czy miejskie samochody nie przypominają raczej ekskluzywnych salony na kołach. W interpelacji wprost zapytywali o obecność udogodnień klasy premium: foteli z funkcją masażu, wentylowanych i podgrzewanych siedzeń, elektrycznie regulowanych kanap tylnych czy nawet pokładowych lodówek. Chcieli też wiedzieć, czy za te luksusy trzeba było dopłacać z miejskiej kasy.
W odpowiedzi magistratu na te pytania zapadła jednak wymowna cisza. Urząd w żaden sposób nie odniósł się do kwestii wyposażenia premium, zostawiając białostoczan z domysłami. Dlaczego zabrakło odwagi, by jednoznacznie zaprzeczyć lub przedstawić koszty opcji dodatkowych? Czyżby wygoda miejskiej władzy była ważniejsza od transparentności finansowej?
Wielkie zapotrzebowanie na paliwo zmusza do postawienia fundamentalnego pytania: czy w urzędzie funkcjonują jakiekolwiek realne mechanizmy wykluczające nieuprawnione pobieranie lub spuszczanie paliwa? Radni PiS dociekali, czy przeprowadzano kontrole pozwalające wykluczyć nieprawidłowości oraz czy urzędnicy mają pewność, że przy spalaniu dochodzącym do 18 litrów na 100 km paliwo nie trafiało do prywatnych baków. Odpowiedź miasta sprowadza się do twierdzenia, że karty drogowe są weryfikowane, a karty flotowe zapobiegają tankowaniu do kanistrów.
Kuriozalnie wypada również kwestia bezpieczeństwa i przestrzegania przepisów. Gdy radni zapytali o ewentualne punkty karne kierowców aut służbowych, kolizje czy opłacanie mandatów z pieniędzy podatników, urząd szybko zasłonił się... przepisami RODO i Kodeksem pracy. Poinformowano, że magistrat nie gromadzi danych o punktach karnych, bo byłoby to złamaniem prawa.
Próba ukrycia szczegółów za ogólnikowymi hasłami o ekologii, zakupie pojazdów elektrycznych czy procedurach przetargowych nie zamknie ust opozycji. Pytania postawione przez radnych Henryka Dębowskiego i Jacka Krzysztofa Chańko są pytaniami, które codziennie zadają sobie mieszkańcy Białegostoku. Dlaczego miejska władza pozwala sobie na tak obfite szafowanie publicznym groszem?
Brak pełnych, przejrzystych odpowiedzi ze strony włodarzy wyraźnie wskazuje, że temat eksploatacji samochodów służbowych jest dla nich wyjątkowo wygodny do przemilczenia. Mieszkańcy zasługują na pełną jawność i racjonalne gospodarowanie mieniem publicznym, a nie na polityczny spektakl unikania odpowiedzialności. Jako radni Prawa i Sprawiedliwości będziemy konsekwentnie patrzeć władzy na ręce i domagać się pełnego rozliczenia każdej wydanej złotówki.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Wstyd i hańbą!
Wstyd i hańbą!