21°C rozproszone chmury

Słowo po niedzieli: Z osiedla Białostoczek na Nowe Miasto przez Zaścianki

Felietony, Słowo niedzieli osiedla Białostoczek Miasto przez Zaścianki - zdjęcie, fotografia

Miniona niedziela nie była łatwa dla wielu ludzi, którzy z różnych powodów musieli lub chcieli przemieszczać się pomiędzy osiedlami. Biegacze zblokowali niemal całe miasto. W internetach trwa gorączkowa przepychanka i rzucanie argumentami biegaczy, zwolenników biegania oraz tych, którzy nie podzielają pasji do biegania, a w niedzielę mieli sporo trudności.

Nie chcę rozstrzygać kto ma rację, a kto tej racji nie ma. Faktem jest, że osobiście odczułam blokadę praktycznie całego miasta. Tak się złożyło, że miałam tego dnia komunię w swojej rodzinie. Musiałam pojechać po rodziców, odwieźć ich, ale też i dotrzeć na dodatek na przyjęcie komunijne do Supraśla. Przyznam szczerze, że łatwe to nie było. I to z wielu powodów. Nie tylko z powodu blokady ulic.

Wiem dobrze, że ludzie byli informowani o trasie biegów w mediach. Byli też informowani na słupach ogłoszeniowych, choć nie wszędzie. Na przykład na osiedlu Nowe Miasto takich ogłoszeń nie było. Ludzie, którzy tego dnia musieli wyjechać z domów, na przykład jak mój osobisty tato, na komunię do kościoła na Białostoczku, utknął na wysokości Kopernika. Kierowca komunikacji miejskiej, nawet przystanek przed zakończeniem trasy, nie informował, że dojazd linią 26 skończy się na Kopernika i dalej rób co chcesz. Ludzie tymczasem wsiadając skasowali bilety, niektórzy tylko na jeden przystanek. I choć część z nich jechała do kościołów, używała mało kościelnego języka w związku z taką sytuacją.

Musiałam pojechać po tatę krążąc po meandrach zamkniętych i czynnych ulic, co łatwe wcale nie było. Ale karygodne już jest to, że starsi ludzie, jak mój tato, który postanowił sam dojechać do kościoła na Białostoczku, po wysadzeniu ich na przystanku, nie mieli żadnej informacji jak i którędy oraz czym mają w ogóle szansę wydostania się z kompletnie zamkniętej strefy. Kierowca nie znał odpowiedzi, nie było też nikogo, kto by powiedział, jak iść i gdzie jest najbliższy przystanek, z którego da się gdziekolwiek dojechać. Na przystankach także zero informacji na ten temat.

To wycinek z jednego tylko przypadku, który znam z autopsji. Ale byli jeszcze ludzie, którzy musieli dostać się do szpitala, do swoich krewnych, bo coś się stało. Musieli także dojechać na wcześniej umówione spotkania. Po wysadzeniu na przystankach komunikacji miejskiej byli zdani sami na siebie, bez żadnej pomocy, jak się z zamkniętej strefy wydostać. Jeśli ktoś jest młody i miał siłę by iść w upalnym słońcu, szedł. Inni, jak mój tato, który jest człowiekiem starszym, zadzwonił po mnie, ledwie go zabrałam. Spóźniliśmy się do kościoła ponad pół godziny. Inni mieli gorzej, kiedy próbowali z chorym dzieckiem dostać się z Nowego Miasta do szpitala DSK. Bo to, że dojazd do szpitala jako taki był, to już z poszczególnych osiedli dotrzeć do dojazdu do szpitala, było bardzo trudno. Z chorymi dziećmi musieli na piechotę zasuwać aż z Kopernika.

Ja osobiście, po mszy, musiałam pojechać jeszcze po mamę na osiedle Nowe Miasto. Ona opiekuje się niepełnosprawną babcią, więc z osiedla Białostoczek jedyną drogą na Nowe Miasto stała się droga przez Zaścianki. Inaczej się nie dało. Do innych kościołów w ogóle ciężko było dojechać, bo pozamykane były drogi dojazdowe. Ale nie chodzi tylko o kwestie kościelne i komunijne. Wiele osób zwyczajnie tego dnia musiało przemieszczać się z miejsca do miejsca, z dzielnicy do dzielnicy. Nie będę pisać o szczegółach, bo wystarczy wejść na dowolne fora dyskusyjne w internecie, albo na Facebook i poczytać komentarze.

Dodam w tym miejscu jeszcze tylko jedno. Cały dzień miałam zepsuty. Nie z powodu tego, że musiałam ganiać w te i z powrotem nadrabiając kilometrów. Bywa. Świat się nie zawalił. Ale podczas mszy i po mszy, telefon wibrował mi w kieszeni non stop. Ludzie dzwonili ze skargami, że nie reaguję, że nie opisuję. Ja wiem, że pewnie mam pracować 24 godziny na dobę. Ale to nierealne. Mam tak samo rodzinę i czasami, na przykład w niedzielę, chcę spędzić z nią czas. Czy nie wiem co się dzieje w mieście? Wiem doskonale. Tak jak wszyscy, którzy do mnie dzwonili. Pisałam wcześniej, że będą utrudnienia. Znów miałam pisać? Może maraton by został rozwiązany? Ludzie! Dajcie czasami żyć! Było wam trudno, to było. Mi też.

Czy to wina organizatorów, że sparaliżowali miasto? Czy takie imprezy nie powinny się odbywać? A może narzekający powinni zrozumieć, że miasto jest dla wszystkich i zacisnąć zęby na ten jeden dzień? Jedni powiedzą tak, inni powiedzą, że nie. Ale faktem jest, że planując trasę biegów, nie powinno się odcinać ludzi na poszczególnych osiedlach niemal całkowicie. Powiedzcie, jak ktoś miał dojechać autobusem komunikacji miejskiej do szpitala z osiedla Nowe Miasto czy Dziesięciny, albo Antoniuk? Jak ktoś miał dojechać z osiedla Białostoczek, albo Dojlidy? Co z tego, że droga przy szpitalu była zamknięta na krótko, skoro wszystko inne było zablokowane na wiele godzin i nie dało się dojechać do tej odblokowanej ulicy?

Biegacze lubią tego rodzaju imprezy i faktycznie zjeżdża tu ich na maratony i półmaratony bardzo dużo. To też impreza, która w jakiś sposób promuje nasze miasto. Rozumiem to i nie neguję. Szanuję. Niemniej, przygotowanie nie zawsze idzie w parze z rangą wydarzenia. Miasto Białystok, które włączyło się w tę imprezę, nie zadbało właściwie o poinformowanie mieszkańców, którzy musieli korzystać z komunikacji miejskiej. Nie zapewniło ludziom żadnej pomocy, kiedy utknęli w środku blokady, a kierowca bezradnie rozkładał ręce, bo nie wiedział, co jeszcze jeździ, czy cokolwiek gdzieś w pobliżu jeździ i gdzie może dowieźć. Tak się nie planuje ani poważnej imprezy, ani organizacji ruchu.

Rozumiem, że takie miejskie bieganie odbywa się w wielu miastach świata i też w centrach. Niemniej uważam, że powinno się zabezpieczyć dojazdy, przejazdy i jako takie poruszanie się. Białystok jest przecięty rzeką i torami, które uniemożliwiają inną przeprawę niż samochodem lub komunikacją miejską. Do tego, przecież mamy remonty niemal na każdym osiedlu. Zapomnieli wszyscy o tym? Jeśli zapomnieli, to jest to kompletnie nieprofesjonalne podejście do tematu.

Na koniec dodam już zupełnie od siebie. Mogę zrozumieć pasje, zamiłowanie do biegów i naprawdę szanuję pracę organizatorów wczorajszego biegania. Ale nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, jak takie bieganie ma promować zdrowy tryb życia? Pół miasta się wkurza, podnosi sobie ciśnienie, bo nie może się przedostać lub wydostać ze strefy zamkniętej. Biegacze natomiast na rozgrzanym asfalcie, w kurzu, w centrum niemal pozbawionym naturalnej zieleni, wśród tumanów ołowiu wydobywającego się obok ze spalin samochodów, biegają dla zdrowia. Serio? Mam nadzieję, że za rok, obejdzie się bez takich kolizji i trasa biegów zostanie wyznaczona w taki sposób, żeby ludzie nie byli odcięci na swoich osiedlach, a przynajmniej jednym pasem mogły jeździć autobusy komunikacji miejskiej. Biegacze, skoro dla zdrowia chcą się truć na ulicach, zamiast w lesie, niech sobie biegają. A tak serio, to szanujmy się nawzajem.

(Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska/ Foto: Trzecie OKO)


Słowo po niedzieli: Z osiedla Białostoczek na Nowe Miasto przez Zaścianki komentarze opinie

  • gość 2018-05-14 19:59:32

    A co maję powiedzieć klienci PKP i PKS. Przecież to niewyobrażalne . Ale co tam wyciąć lasy i parki to i biegać nie ma gdzie. A może by tak ostatni bieg lasem solnickim szkoda ,że organizatorzy nie zdali egzaminu, albo po prostu są lizodupcami władz miasta.

  • Lukasz - niezalogowany 2018-05-14 21:47:28

    A ja problemu nie zauważyłem, bo jeździłem rowerem.

  • gość 2018-05-14 22:27:53

    Odcięte newralgiczne miejsce -- kompleks szpitali, porażka organizatorów!

  • Gość - niezalogowany 2018-05-15 00:45:31

    Bieganie ulicami bez drzew nie jest przyjemne. Powinienawidzę jeden pas być dostępny. Niestety organizator był zobowiązany zrobić w centrum te bieganie.ale Nie powinno się odcinać osiedli od ważnych miejsc. MK na Dojlidach stały się problemem bo ciężko zaparkować koło zalewu w tym roku odbyły się wcześniej przed sezonem letnim. W lesie nie ma problemu są trasy do biegania ale koło lasu Solnickiego tor i byłby problem do niego dojechać

  • gość 2018-05-15 02:45:02

    biegały dzieci pare lat temu i sam jako uczestnik biegu (dzieci biegły wczesniej) nie mogłem wrócić do domu czekałem w strefie zamkniętej z 2 godz aż bieg się skończy starszych uczestników.

  • gość 2018-05-15 02:46:40

    biegały dzieci pare lat temu i sam jako uczestnik biegu (dzieci biegły wczesniej) nie mogłem wrócić do domu czekałem w strefie zamkniętej z 2 godz aż bieg się skończy starszych uczestników.

  • Gość - niezalogowany 2018-05-15 06:33:48

    Nie rozumiem dojechalem wszędzie gdzie chciałem tak jak było określone od skłodowskiej do szpitala bez problemu, może zajęło to 10 min dłużej ale nie robi to wrażenia.

  • Gość - niezalogowany 2018-05-15 07:24:15

    Dzień dobry. Pragnę porównać nasz półmaraton do imprezy Iron Man w Gdyni. U nas paraliż całego miasta, tam tłumy biegaczy,turystów. ...i tylko na chwilę blokowane newralgiczne odcinki miasta. Podobnie jak na przykład podczas procesji. Można? ... Można.

  • i.bialystok.pl - niezalogowany 2018-05-15 09:03:43

    ProPOgandowa głuPOta! Nie mają gdzie biegać tylko paraliżować miejskie ulice? bieganie po asfalcie jest niezdrowe! I kto wygrał? 3 pierwsze miejsca? „Kenijczyk za 4 tys. zł. Tak się zarabia na biegach w Polsce. Przeciętny biegacz z Kenii kosztuje cztery tysiące złotych. Zwraca się już po pierwszym biegu – oto kulisy kontrowersyjnego procederu z polskiego światka biegaczy.Czerwiec, mała gmina pod Białymstokiem. Do organizatora półmaratonu w Korycinie dzwoni telefon. - Co by państwo powiedzieli na dodatkową reklamę dla biegu? – słyszy. – Przywożę Kenijczyków, dodadzą kolorytu. Potrzeba kilkaset złotych: paliwo, nocleg itp. Organizator oferty nie przyjmuje, Kenijczycy przyjeżdżają i tak. I wygrywają w cuglach, zajmując wszystkie miejsca na podium. Żywej krowy – tradycyjnie głównej nagrody w korycińskim biegu – nie zabierają. Kasują za to ekwiwalent, w sumie 3 tys. zł z nagród. Materiał o krowie i Kenijczykach publikuje nawet "Fakt".Wszyscy trzej zawodnicy należą do Benedek Team. To nieformalna węgierska grupa sportowa, założona przez Zsoltana Benedeka. Od dwóch lat obstawia mniej prestiżowe biegi w Polsce. Wszędzie tam, gdzie jest do wygrania 1000 zł i bieg na 10 kilometrów czy półmaraton, są i oni. Jeśli są nagrody, a nie ma ekipy Benedeka, to znaczy, że przyjeżdża SKKS Dorcus, konkurencyjna grupa prowadzona przez Polaka.Na rynku jest jeszcze trzeci gracz - Sylwester Niebudek z Bydgoszczy. On i jego Kenijczycy specjalizują się jednak w zawodach bardziej elitarnych, obstawiając maratony. Biznes się kręci, bo z roku na rok nagrody w polskich biegach są coraz wyższe. Według wyliczeń biegacza Krzysztofa Bartkiewicza, związanego z Benedek Team, tylko w zeszłym roku było to ponad 2,2 mln zł. I to tylko w biegach, które płacą za zwycięstwo powyżej 1500 zł. Na dodatek pula cały czas rośnie. Żeby sprowadzić zawodnika z Kenii, trzeba się nagimnastykować. Polska ambasada z Nairobi akceptuje jedynie wnioski wizowe co trzeciego biegacza. Resztę odrzuca. Z - jak twierdzą nasi rozmówcy - nie do końca jasnych powodów. - Ile kosztuje Kenijczyk? Niezbyt dużo. Za 4 tys. złotych można kupić mu bilety z Nairobi do Polski - przyznaje Piotr Szurowski, założyciel SKKS Dorcus. Zwraca się szybko. W sierpniu zawodnicy Benedek Team zarobili z nagród blisko 50 tys. zł. I to tylko w Polsce, a obstawiają też biegi od Chorwacji, przez Słowację, Czechy aż po Węgry. - Jeden zawodnik potrafi wystartować w tydzień w czterech zawodach. W weekend są to imprezy biegowe, a w dni powszednie mityngi – mówi Bartkiewicz. Do Polski tak naprawdę przyjeżdża trzecia liga Kenijczyków. Na mistrzostwo świata, ani wygraną w dużym i wysokopłatnym maratonie szans nie mają. Ich przeciętność wystarcza jednak na nasze zawody i biegaczy z Polski czy krajów wschodnich jak Litwa czy Ukraina. - Ci zawodnicy przyjeżdżają do nas nie po to by uczestniczyć w sportowej rywalizacji, ale pracować. Dla nich jest to zwykła robota. Tak jak my jeździmy do Londynu na zmywak, tak oni przyjeżdżają do nas na zawody - mówi nam jeden z organizatorów biegów, chcąc jednak zachować anonimowość. Dla grup sportowych to świetny interes. Menedżer kasuje prowizję, najczęściej też wynajmuje swoim biegaczom mieszkanie, do niego należy też samochód, którym jeżdżą na zawody. Kenijczycy sami kupują tylko jedzenie. ILE SIĘ NA TYM ZARABIA? Piotr Szurowski twierdzi, że on sam swoim zawodnikom zabiera 15-20 proc. z nagród. Marek Tronina, który organizuje PZU Maraton Warszawski mówi, że stawki są wyższe i oscylują w granicach 20-30 proc. Czasem nawet więcej. TABLETKA NA 2:40 NA KILOMETR Kenijczycy budzą wiele kontrowersji. Polscy biegacze są przekonani, że używają niedozwolonych środków dopingujących. - Podstawowe pytanie brzmi czy na małych imprezach są badania antydopingowe? Odpowiedź brzmi oczywiście nie. Po pierwsze są drogie, po drugie nikt nie chce by w razie wpadki przykleiła się do tych zawodów łatka "dopingu". I nie ma znaczenia, że organizator był jedynym uczciwym i wykrył doping. Jak w tym powiedzeniu: nieważne czy ciebie okradli, czy ty okradłeś, sprawa i tak jest śmierdząca - mówi Marek Tronina. Problem w tym, że nawet złapanie kenijskiego biegacza na dopingu niczego nie załatwia. Większość z nich startuje u nas jako amatorzy, czyli na takich samych warunkach jak Kowalski, który metę maratonu przekracza w pierwszej setce od końca. Dyskwalifikacja nie będzie więc na dwa lata, ale tylko na ten jeden, konkretny bieg. Następnego dnia biegacz zasadniczo może startować bez żadnych przeszkód.

  • gość 2018-05-15 10:08:58

    To prawda dojechanie z Nowego Miasta do np.Dworca PKP ,graniczyło z cudem.Trwało to około 1,5 godziny.

  • Donata Wroczyńska 2018-05-15 19:32:09

    Lukasz radzi (w domyśle: "A ja problemu nie zauważyłem, bo jeździłem rowerem"), aby w trakcie miejskich biegów jeździć rowerem. Problem tylko w tym, że nie każdy może wybrać taki środek lokomocji. Przy wielkim obecnie krzyku o problemach ludzi niepełnosprawnych, z okazji biegów zapomina się o nich. Osoby starsze lub chore zostają uwięzione w domach, a ich opiekunowie (jeśli nie mieszkają z nimi na stałe) nie mogą do nich dotrzeć. Nie można odcinać całych dzielnic i centrum miasta. Nawet jeśli część ulic była zamknięta na krótko, to z informacji wynikało coś zupełnie innego - na mapach napisane było, że do 14:00 cała trasa biegu będzie wyłaczona z ruchu.

  • gość 2018-05-16 00:11:04

    Donata Wroczyńska, skąd Ty to kobieto wzięłaś? Do jakiej 14:00 cała trasa była wyłączona? Na jakim rysunku to widziałaś? :) Do godz. 14:00 było zamkniętych 300m ulicy... z 21 km :) Tutaj jest mapka zamknięcia ulic http://bialystokpolmaraton.pl/utrudnienia-w-ruchu/

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na ddb24.pl