Jeszcze tydzień temu koszykarski Białystok żył sensacyjnym zwycięstwem nad faworyzowanym ŁKS-em Łódź. Wydawało się po tym zwycięstwie, że podopieczni Kamila Piechuckiego złapali już wiatr w żagle i „rogaty zespół” ruszy do szaleńczej pogoni za bezpiecznym miejscem w tabeli. Niestety, sobotni wyjazd do Opola brutalnie zweryfikował te nadzieje. Weegree AZS Politechniki Opolskiej to bezpośredni rywal w walce o utrzymanie w I lidze i ekipa z zasięgu możliwości pokonania białostockiej drużyny. Niestety, rzeczywistość na parkiecie okazała się bolesna. Żubry Abakus Okna Białystok przegrały 68:87, a styl tej porażki pozostawia wiele do życzenia.
Mecz w hali przy ul. Prószkowskiej zaczął się dla białostoczan świetnie. Pierwsze punkty w tym meczu zdobyli białostoczanie: trafił Myles Douglas i białostoczanie prowadzili 2:0.Było to pierwsze i - jak się okazało - ostatnie prowadzenie gości w tym meczu. Potem gospodarze, niesieni dopingiem własnej publiczności, narzucili mordercze tempo. Żubry wyglądały na ospałe i miały ogromny problem z powstrzymaniem duetu Jordan Forbes – Dominik Rutkowski. Już w pierwszej kwarcie opolanie wypracowali sobie dwucyfrową przewagę (24:12), ostatecznie kończąc tę odsłonę wynikiem 24:15. Wydawało się, że wróciły stare demony, a białostoczanie dali się stłamsić rywalom i teraz zostanie im już tylko statystowanie na pakiecie.
W drugiej kwarcie kibice w Opolu zobaczyli jednak inne oblicze Żubrów. Goście zaczęli grać znacznie agresywniej w obronie i dużo skuteczniej w ataku. I to szybko przełożyło się na wynik. Tę część meczu białostoczanie wygrali 22:17, dzięki czemu do szatni schodzili zaledwie z czteropunktową stratą (37:41). W tamtym momencie wydawało się, że scenariusz z meczu z Łodzią może się powtórzyć, a beniaminek znów pokaże charakter w końcówce i wyszarpie bezcenne punkty. Gra w końcówce I połowy wydawała się obiecująca i wydawało się, że ekipa Kamila Piechuckiego znalazła sposób na opolan.
Zaraz po przerwie Haynes-Jones trafił i strata białostoczan stopniała do 2 oczek. I to był kluczowy moment meczu: najpierw spudłował Białachowski, potem Kobel zgubił piłkę i wystarczyło tylko trafić. Gdyby trójka Didier-Urbaniaka dotarła do celu albo rzut Samajae z wyskoku okazał się celny Żubry wyrównałyby i gospodarze znaleźliby się w tarapatach. Niestety, problemy białostoczan pozwoliły opolskiej ekipie wrócić do gry. Niestety, i wszystkie nadzieje pękły jak bańka mydlana, a ciąg dalszy trzeciej kwarty był w wykonaniu Żubrów po prostu słaby. Największą bolączką przyjezdnych była tragiczna skuteczność rzutów z dystansu. Statystyki nie kłamią: 5 trafionych „trójek” na 28 prób to zaledwie 17,8%. W nowoczesnej koszykówce, przy tak słabej dyspozycji z obwodu, nie da się wygrać meczu na wyjeździe. Białostoczanie nie potrafili przebić się pod kosz, nie trafiali z dystansu i przegrywali pod tablicami. Efekt? Gospodarze bezlitośnie wykorzystali kryzys gości. Przewaga AZS-u błyskawicznie urosła do 16 punktów (64:48). Choć Samajae Haynes-Jones dwoił się i troił jego skuteczność też się w trzeciej kwarcie zacięła. Pudłował Myles Douglas, nie trafiali i inni. Benjamin Didier-Urbianiak, który przed tygodniem regularnie trafiał w Opolu stracił powtarzalność rzutową. I mimo tego, że Samajae ostatecznie zdobył 22 punkty to zabrakło mu wsparcia ze strony kolegów. Gdy w czwartej kwarcie Żubry zbliżyły się jeszcze na osiem „oczek” (74:66), wydawało się, że jest szansa na thriller. Jednak końcówka należała już tylko do opolan, którzy „pokazali jaja”, jak to ujął ich kapitan Jakub Kobel, i dobili naszą drużynę, ustalając wynik na 87:68.
Porażka w Opolu to coś więcej niż tylko utrata punktów. To przede wszystkim zmarnowana szansa na zbliżenie się do bezpośrednich rywali w walce o utrzymanie. Sytuacja Żubrów po 27. kolejkach wygląda dramatycznie. Nasz zespół z dorobkiem zaledwie 27 punktów osiadł na samym dnie ligowej tabeli (17. miejsce). Dla porównania, AZS Opole po sobotnim zwycięstwie ma 33 punkty i zajmuje 15. lokatę.
Dystans do bezpiecznej strefy niebezpiecznie się powiększa, a meczów do końca sezonu zasadniczego ubywa. Białostocki beniaminek znowu płacił w Opolu frycowe, ale czas na naukę już dawno się skończył. Od dawna każde spotkanie Żubrów to „być albo nie być”, ale strata punktów z drużynami z dolnej połowy tabeli może okazać się gwoździem do drugoligowej trumny.
Kalendarz nie bierze jeńców. Po bolesnej lekcji w Opolu, Żubry wracają do własnej hali, gdzie czeka ich zadanie z kategorii „mission impossible”. W następnej kolejce do stolicy Podlasia przyjedzie absolutny lider Pekao S.A. 1 Ligi – Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz.
Czy białostoczanie są w stanie po raz kolejny sprawić niespodziankę i powtórzyć wyczyn z meczu przeciwko ŁKS-owi? Jeśli chcą marzyć o pozostaniu na zapleczu ekstraklasy, muszą diametralnie poprawić skuteczność z dystansu i koncentrację w defensywie. Białostoccy kibice na pewno nie odwrócą się od zespołu, ale kredyt zaufania po meczu w Opolu został mocno nadszarpnięty. Żubry, czas ostrzyć rogi – lider nie będzie miał litości! A nadzieja umiera ostatnia, więc... wspierajmy białostoczan.
AZS Politechnika Opolska Weegree Opole - Żubry Abakus Okna Białystok 87:68 (24:15, 17:22, 23:15, 23:16)
Sędziowali: Jean Sauveur Ruhamiriza, Michał Cieśla, Michał Pogon.
AZS: Jakub Kobel 13, Jordan Forbes 21, Łukasz Kłaczek 11, Kamil Białachowski 8, Dominik Rutkowski, Piotr Niedźwiecki 8, Łukasz Kupczyński 0, Michał Szarbatke 0, Jakub Wójcicki 6, Borys Baran 0.
Żubry: Samajae Haynes-Jones 22, Benjamin Didier-Urbaniak 2, Myles Douglas 13, Krystian Tyszka 4, Bartosz Proczek 3, Cezary Karpik 5, Karol Kutta 7, Witalij Kowalenko 9, Łukasz Klawa 3, Mateusz Itrich 0, Rafał Szpakowski 0.


Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze