Ostatnie tygodnie to walka marszałka Łukasza Prokoryma z logiką. Białostocki baron Koalicji Obywatelskiej i marszałek województwa podlaskiego uczestniczy w widowisku politycznym, w którym główną rolę gra strach i urzędnicza nadgorliwość. Marszałek Prokorym wspierany przez łomżyńskiego barona Koalicji Jacka Piorunka fundują mieszkańcom regionu pokaz politycznej ekwilibrystyki i gwałtu na logice. Pod pretekstem rzekomego ryzyka utraty miliardów euro z funduszy europejskich naciskają na to, aby nie protestować przeciw realizacji paktu migracyjnego w naszym regionie. Ta decyzja, okrzyknięta już w kuluarach jako „sprzedaż bezpieczeństwa za 43 miliony na Operę”, opiera się na tak absurdalnych i nielogicznych tezach, że nie sposób przejść wobec nich obojętnie. Przeanalizujmy fakty, które całkowicie obalają narrację nowego zarządu województwa.
Marszałek Łukasz Prokorym z pełną powagą głosi w mediach:
Przyjęcie tego stanowiska może doprowadzić do zawieszenia całego programu regionalnego o wartości 1,5 mld euro.
Brzmi groźnie? Być może, ale ta narracja natychmiast rozsypuje się w pył, gdy spojrzymy na kalendarz.
Wspomniany sprzeciw wobec nielegalnej migracji obowiązywał od 5 czerwca 2025 roku. Przez niemal rok dokument ten istniał w przestrzeni publicznej. I co? I nic. Żaden projekt w województwie podlaskim nie został oceniony negatywnie z tego tytułu.
Co więcej, w tym okresie Komisja Europejska przeprowadziła oficjalny przegląd śródokresowy programu regionalnego i... nie zgłosiła najmniejszych zastrzeżeń. Z sukcesem dokonano nawet modyfikacji programu, a 4 marca 2026 roku KE wydała w pełni pozytywną decyzję. Mało tego – na rzecz naszego regionu ustanowiono przecież nowy, specjalny instrument EASTINWEST. Skoro przez rok dokument nie szkodził nikomu oprócz urzędników z Warszawy, to dlaczego nagle stał się śmiertelnym zagrożeniem?
Aby uwiarygodnić swoją karkołomną tezę, marszałek Prokorym przeszedł do bezwzględnego szantażu emocjonalnego. Zaczął straszyć mieszkańców, że przez obronę stanowiska zagrożone będą środki na bezpieczeństwo, obronę cywilną (ok. 175 mln euro) oraz kluczowe inwestycje zdrowotne i kulturalne. Wśród rzekomo „zablokowanych” projektów wymienił m.in. 850 mln zł dla czterech szpitali, budowę Breast Cancer Unit, remont organów w kościele farnym czy finansowanie muzeum ks. Jerzego Popiełuszki.
Problem polega na tym, że tezy te nie są poparte absolutnie żadnym oficjalnym dowodem prawnym. Przez ostatnie dwanaście miesięcy nikt w Brukseli nie uznał podlaskiej uchwały za łamiącą Kartę Praw Podstawowych czy noszącą znamiona dyskryminacji. Dlaczego przez rok Wojewódzka Rada Dialogu Społecznego, Wojewoda Podlaski czy Rzecznik Praw Obywatelskich milczeli, jeśli dokument rzekomo łamał prawo? Odpowiedź jest prosta: bo nie łamał.
Gdzie zatem tkwi prawdziwe źródło tego nagłego pożaru? Cała sprawa wyszła na jaw przy okazji wniosku o dotację dla Opery i Filharmonii Podlaskiej na kwotę 43 milionów złotych. Podlaska uchwała antyemigracyjna zaczęła nagle przeszkadzać wyłącznie... Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Warszawie. Warto zadać publiczne pytanie: czy rzekoma niezgodność z Kartą Praw Podstawowych była jedyną uwagą do wniosku Opery? Jeśli nie, to ewentualna negatywna ocena mogła wynikać po prostu z błędów formalnych lub merytorycznych urzędników przygotowujących dokumentację. Jak dokładnie brzmi ta rzekoma opinia ministerstwa? Czy resort kategorycznie stwierdza złamanie prawa, czy jedynie poddaje je w wątpliwość? Co najbardziej kuriozalne – z kuluarowych doniesień wynika, że „dyskryminacyjny” charakter uchwały oceniało zaledwie dwóch resortowych urzędników, a nie, jak nakazują standardy w tak fundamentalnych sprawach, przedstawiciele Biura Rzecznika Praw Człowieka czy oficjalna delegacja Komisji Europejskiej.
Wycofanie się rakiem z uchwały chroniącej interesy mieszkańców regionu to podręcznikowy przykład nadgorliwości i realizowania politycznych dyrektyw centrali partyjnej z Warszawy. Radny Jacek Piorunek sam rozbroił bombę logiczną, przyznając na sesji: „Szczerze mówiąc, myśmy w naszym stanowisku nie podjęli żadnych działań dyskryminujących. No, może z wyjątkiem kilku zdań w tytule, gdzie napisaliśmy, że chodzi o pakt migracyjny”. Czyli sami rządzący przyznają, że uchwała nikogo nie dyskryminowała, ale usuwają ją, bo pojawia się w niej zwrot „pakt migracyjny”, który drażni premiera Donalda Tuska. Lokalne kierownictwo Koalicji Obywatelskiej, na czele z marszałkiem Prokorymem i posłem Krzysztofem Truskolaskim, najwyraźniej uznało, że święty spokój w relacjach z centralą partyjną oraz pokazanie „wzorowej atmosfery” na Podlasiu są ważniejsze niż jasny głos sprzeciwu mieszkańców wobec przymusowej relokacji migrantów. Dla 43 milionów złotych, których przyznania i tak nikt dziś nie gwarantuje, oddano bez walki regionalną podmiotowość.
Co się zmieniło przez ten rok? Łukasz Prokorym stał się jeszcze bardziej posłuszny wobec swojego partyjnego szefa Krzysztofa Truskolaskiego. Nie wystarczy już obecność syna prezydenta Białegostoku nawet na otwarciu koncertu koła gospodyń wiejskich czy innego wydarzenia, z którym poseł KO nie ma żadnego związku. Prokorym musi pokazać, że spacyfikował województwo podlaskie, które będzie teraz gorliwsze od Warszawy. A po co? Bo Truskolaskiemu młodszemu marzy się zasługa u premiera Tuska i - kto wie - może wreszcie jakaś posadka choć podsekretarza stanu?
Pytanie brzmi: czy warto narażać bezpieczeństwo mieszkańców dla mrzonek lokalnych baronów Koalicji Obywatelskiej?
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze