Dziś Podlaska Kronika Towarzyska wakacyjna, czyli: o niebieskich na białostockich ulicach, o Juchnowcu, który zakochał się w deweloperach, o samochodach władzy, o związkach białostockiej gastronomii z piłkarską drużyną Hiszpanii oraz kolejny wątek spacerowy. Tym razem tylko dla facetów.
Uwaga kierowcy! Ważna informacja! Teraz po zaparkowaniu samochodu w strefie płatnej w Białymstoku nie rozglądamy się w poszukiwaniu odblaskowych kamizelek, ale błękitnych koszulek! Władze kupiła kontrolerom, czyli tym, co wlepiają nam mandaty za parkowanie, mundurki. Co prawda w bladoniebieskich polówkach i krótkich spodenkach wyglądają bardziej na zespół animacyjny z tureckiego hotelu, ale co mundur, to mundur. Kosztowało to wszystko ponad 9 tysięcy złotych, a kto za to zapłacił? Tak, kochani, to z naszych opłat parkingowych się uzbierało.
Najbardziej jednak nas ubawiła argumentacja pana Masalskiego z zarządu miasta. Oto ona: „zmiana ma na celu zwiększenie rozpoznawalności pracowników, poprawę bezpieczeństwa oraz podniesienie jakości obsługi mieszkańców i użytkowników strefy.” W jaki sposób bladoniebieskie koszulki mają wpłynąć na bezpieczeństwo i podniesienie jakości – tego nie wyjaśnił. Bo w to, że kontrolerzy będą bardziej rozpoznawalni niż w odblaskowych kamizelkach, to nie uwierzymy.
Od czasu siłowni dla bobrów bardzo lubimy gminę Juchnowiec Kościelny. Lubią ją też w Urzędzie Marszałkowskim, bo właśnie Juchnowiec dostał najwięcej – bo blisko ćwierć miliona złotych – z funduszu na rozwój terenów wiejskich. Na co? Na „stworzenie terenu rekreacyjnego „Aktywny Juchnowiec”. Inni dostali na rozwój biznesu, tworzenie nowych miejsc pracy itd., a Juchnowiec na kolejną siłownię. Może pożytku z tego nie będzie, ale za to mieszkańcy szeregówek, które rosną w gminie jak grzyby po deszczu, będą mieli gdzie iść na spacer.
Te szeregówki to białostockich deweloperów, których od niedawna owładnęła miłość do gminy. Miłość odwzajemniona przez lokalną władzę, która postanowiła zmienić gminę w sypialnię Białegostoku. Tak zmienia, że utrudnia życie miejscowym rolnikom, np. panu Kamilowi Maksiewiczowi – o czym napisała białostocka Gazeta Wyborcza. Pan Kamil stara się o rozwój swego gospodarstwa, ale gminni urzędnicy to blokują. Taka rada od nas: panie Kamilu, nic z tego nie będzie, lepiej niech pan poszuka innego miejsca na rolniczy biznes. Tu wszystko idzie pod deweloperkę.
Zrobiło się zamieszanie wokół miejskich samochodów, a dokładnie tych, którymi jeździ władza. Zamieszania narobił radny Dębowski, bo chce, żeby były oznaczone herbem Białegostoku albo chociaż jakimś napisem. Władza powiedziała: nie. I uzasadniła to "bezpieczeństwem użytkownika pojazdu służbowego". Czyli jak samochód jest oznaczony logo właściciela to jest niebezpieczny, a jak nie jest – to jest bezpieczny. A może to Putin i jego siepacze dybie na życie naszej białostockiej władzy?! Jeśli tak, to przy następnym przetargu należałoby przemyśleć opancerzenie limuzyn typu Skoda Superb. No bo przecież nie chodzi o ukrywanie załatwiania prywatnych spraw w czasie pracy przez członków zarządu miasta. Prawda? Prawda???
Okazuje się, że oprócz spacerów dendrologicznych, czyli oglądaniu drzew w ramach unijnej kasy, są też spacery męskie. Tak, męskie. I co najważniejsze: spacer męski dotarł też do Białegostoku! Polega to na tym, że spotyka się kilku facetów i idzie na spacer. Pytacie, jaki cel? Proszę bardzo: „za pomocą prostych narzędzi budować kapitał społeczny i realnie wspierać zdrowie mężczyzn w Polsce”. Niestety. U nas spacer idzie tak sobie. Na pierwszą zbiórkę przy fontannie na Rynku Kościuszki przyszło dwóch gości. Dokąd poszli i czy trzymali się za ręce – nie sprawdzaliśmy. Zresztą, czy to takie ważne. Najważniejsze, że Fundacji w Kulturze udało się wyciągnąć kasę na kolejny nikomu do niczego niepotrzebny projekt.
Jak już informowaliśmy, na czas braku Ekstraklasy i trwających piłkarskich mistrzostw nasze kibicowskie sympatie kierujemy w inną stronę. Kibicowaliśmy więc po kolei: Curacao, Wybrzeżu Kości Słoniowej, Ekwadorowi i ostatecznie Paragwajowi. Ten ostatni zadanie, czyli wysłanie do domu naszych zachodnich sąsiadów, wykonał, więc zostaliśmy zmuszeni do szukania nowych ulubieńców. I oto okazało się, że w ekipie Hiszpanii gra człowiek o nazwisku Merino. Na dodatek strzela bramki! Od razu starsza część redakcji skojarzyła sobie jego nazwisko z Barem Merino – miejscem taniej i przyzwoitej wyżerki przy Grochowej. Jakie związki ma piłkarz Merino z Barem Merino jeszcze nie wiemy, ale zamierzamy przeprowadzić szeroko zakrojone dziennikarskie śledztwo. Tymczasem kibicujemy temu hiszpańskiemu futboliście. Zwłaszcza że nasze poszukiwania białostockiej instytucji o nazwach Messi, albo chociaż Mbappe, spełzły na niczym.
KAT
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze