Niedzielne wyjazdowe starcie z Arką Gdynia (godz. 17.30) to dla Jagiellonii Białystok coś więcej niż kolejny ligowy mecz. To próba przerwania fatalnej passy, uciszenia plotek o kryzysie i powrotu do walki o najwyższe cele. Na przedmeczowej konferencji kapitan Taras Romanczuk i trener Adrian Siemieniec musieli zmierzyć się z trudnymi pytaniami o mentalność, zmęczenie i stan zdrowia liderów. Padły mocne słowa, które pokazują, że w szatni „Dumy Podlasia” wciąż płonie ogień.
Od kilku tygodni w mediach krąży narracja, że Jagiellonia „spuchła”. Tylko jedno zwycięstwo w dziewięciu meczach sprawiło, że dziennikarze zaczęli szukać przyczyn w braku sił. Taras Romanczuk, zapytany o rzekome zmęczenie zespołu, odpowiedział w swoim stylu – szczerze i z odrobiną ironii, która błyskawicznie stała się hitem kuluarów.
– Mam 35 lat w tym roku, to ja kurde codziennie przychodzę i jestem zmęczony. Co mam powiedzieć? Ludzie chcą pisać, to sobie piszą – uciął kapitan Jagiellonii.
– Nie powiedziałem, że jesteśmy zmęczeni. Z jednej strony słyszę, że nieźle gramy, a z drugiej, że nie mamy sił. To mi się nie zgrywa. Pracujemy normalnie, a to, czego nam naprawdę potrzeba, to podniesienie mentalu. Trener mówi, że potrzebujemy jednego przełamania, by wróciła swoboda. W Gdyni nie będzie łatwo, ale wiemy, o co gramy - stwierdził z ironicznym uśmiechem Taras.
Romanczuk podkreślił, że obecna sytuacja w tabeli przypomina mu sezon, w którym Jaga do ostatniej minuty biła się o mistrzostwo.
– Wtedy cztery zespoły były blisko siebie. Teraz każdy mecz jest jak finał, nie tylko ten z Arką. Jedziemy tam, żeby wygrać i przerwać tę passę.
Kibiców w Białymstoku najbardziej ucieszyła informacja o powrocie do treningów Dusana Stojinovicia, Leona Flacha, Apostolosa Konstantopoulosa i Kamila Jóźwiaka. Trener Adrian Siemieniec tonuje jednak nastroje, zaznaczając, że powrót do zajęć to nie to samo, co gotowość do gry przez 90 minut w Ekstraklasie.
– Spokojnie z tymi zapowiedziami. Fakt, trenują z zespołem i to napawa optymizmem, ale w przypadku niektórych to był bardzo długi rozbrat z piłką – zaznaczył szkoleniowiec. – Nie da się potrenować 3-4 dni i wyglądać, jakby nic się nie stało. Musimy odbudować ich struktury mięśniowe i formę typowo piłkarską. Można jednak powiedzieć, że ich powrót na ostatnie sześć kolejek będzie miał charakter transferów zrobionych rzutem na taśmę. Wzmocnią rywalizację i dadzą mi pole manewru, którego ostatnio brakowało.
Ostateczne decyzje o tym, kto wsiądzie do autokaru do Gdyni, zapadną po sobotnim treningu. Siemieniec nie wyklucza, że część graczy będzie dostępna dopiero na mecz z Górnikiem Zabrze.
Jednym z najciekawszych wątków konferencji była kwestia mentalna. Zarówno kapitan, jak i trener przyznali, że presja wyniku zaczęła krępować nogi zawodników. Siemieniec, cytując m.in. Vincenta Kompany’ego, tłumaczył, jak cienka jest granica między byciem „najlepszym” a „najgorszym” w oczach opinii publicznej.
– Musimy przestać myśleć o konsekwencjach wyniku i miejsca w tabeli. Chcę, żeby zawodnicy wrócili na boisko z większą radością i polotem – mówił trener Jagiellonii. – Kiedy głowa jest ciężka, tracisz radość z tego, co robisz. Rozczarowanie zabija kreatywność. Musimy się wyłączyć z narracji o „permanentnym kryzysie”. Prawda jest taka, że między nami a liderującym Lechem jest różnica tylko jednego wygranego meczu. Statystycznie to niemal identyczna sytuacja, ale narracja wokół nas jest katastroficzna.
Czy w obliczu gorszych wyników Jagiellonia powinna zmienić styl na bardziej defensywny i pragmatyczny? Adrian Siemieniec kategorycznie odrzuca taką możliwość. Jego zdaniem, odejście od proaktywnej piłki byłoby dla tego zespołu wyrokiem śmierci.
– Czy Jagiellonia może grać inaczej? Moim zdaniem nie mamy wyjścia. To jest nasza tożsamość – przekonywał trener. – Gdybym kazał im teraz grać „lagę” i czekać na jeden stały fragment gry, zawodnicy przestaliby wierzyć w to, co robią. Oni nie urodzili się do takiego grania. Nasi obrońcy myślą o atakowaniu i ja tego nie chcę zmieniać. Ktoś, kto myśli o Jagiellonii, widzi piłkę odważną, intensywną i z polotem. Tak ma zostać. Nawet jeśli w niedzielę się nie obroni, będziemy o to walczyć w kolejny piątek. Bronimy tej idei od trzech lat.
Szkoleniowiec przywołał przykład Barcelony i Tottenhamu podkreślając, że najwięksi trenerzy świata zawsze stawiają na proces, nawet w obliczu krytyki.
Jagiellonia jedzie na teren zespołu, który u siebie jest niemal nie do ugryzienia. Arka Gdynia, mimo walki o utrzymanie, domowe mecze rozgrywa z niesamowitą pewnością siebie. Dlaczego tak jest? To zagadka, na którą próbował odpowiedzieć szkoleniowiec żółto-czerwonych.
– To dobre pytanie. Pamiętam podobną sytuację z Pogonią Szczecin, która u siebie wygrywała wszystko, a na wyjazdach nie mogła się przełamać. W Gdyni dużą rolę odgrywa środowisko, trybuny, ta specyficzna pewność siebie, którą dostają od kibiców – analizował Siemieniec.
Szkoleniowiec przekonywał, że cały sztab analizuje grę Arki pod wodzą nowego trenera, Dariusza Banasika.
- Ostatni mecz z Cracovią pokazał, że to nie jest zespół, który „muruje” bramkę. Zagrali odważnie, z otwartą przyłbicą. To zwiastuje fantastyczne, otwarte widowisko w niedzielę - podsumował trener Dumy Podlasia.
Mimo trudnego okresu, Jagiellonia wciąż trzyma się czołówki. Ścisk w górze tabeli jest niespotykany – kilka zespołów ma realne szanse na mistrzostwo na sześć kolejek przed końcem. Dla białostoczan mecz w Gdyni ma być fundamentem pod ostatni zryw w tym sezonie.
– Nie patrzę na ten mecz jako na „wszystko albo nic”. Jeśli wygramy w Gdyni, a potem przegramy kolejne mecze, to zwycięstwo nic nie da. Tu liczy się konsekwencja do ostatniej minuty sezonu – podsumował Adrian Siemieniec.
W Białymstoku nikt nie zamierza składać broni. Z Tarasem Romanczukiem, który „zmęczenie” zamienia w paliwo do walki, i trenerem wiernym swojej wizji, Jagiellonia rusza nad morze, by udowodnić, że plotki o jej upadku są mocno przesadzone. Transmisja meczu w niedzielę o 17:30 w TVP Sport i Canal+ Sport 3.
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze