Ostatnie tygodnie to dwa poważne testy polskiej obrony i czujności. Chodzi o dwa balonowe naloty znad Białorusi, kiedy to zimowej nocy nadleciało kilkadziesiąt balonów z nieznaną zawartością przekroczyło polską granicę. Mimo, że śledzone radarami większość z nich nie została odnaleziona. Kilka z nich wylądowało w ludnych miastach - wśród domów i bloków. I dopiero informacje od mieszkańców dały służbom informacje, ze coś się stało. Czy po tym co się stało mamy czuć się bezpiecznie? I co o naszych możliwościach obronnych wiedzą teraz Rosjanie i Białorusinie? Czy następnym razem 40 kilogramowy pakunek nie spadnie na nasze głowy przy bierności polskich służb?
Wschodnia granica Polski stała się w ostatnich dniach areną bezprecedensowej akcji, która budzi coraz większy niepokój zarówno wśród mieszkańców Podlasia, jak i ekspertów od bezpieczeństwa narodowego. Zmasowany nalot kilkudziesięciu obiektów latających, które w nocy z 16 na 17 stycznia naruszyły naszą przestrzeń powietrzną, stawia pytania o szczelność systemu obrony i rzeczywiste intencje reżimu w Mińsku. Choć oficjalnie mowa o „balonach przemytniczych”, kulisy tej operacji wskazują na znacznie mroczniejszy scenariusz.
Jak ustalił portal niezalezna.pl, we wszystkich odnalezionych dotąd pakunkach znajdowały się papierosy białoruskiej marki „Mińsk”. Informację tę potwierdzili oficerowie prasowi policji w Białymstoku i Sokółce oraz rzecznik Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej, ppłk SG Katarzyna Zdanowicz. Wybór tej konkretnej marki nie jest przypadkowy i ma wymiar polityczny.
Otóż papierosy te są produkowane są w Państwowej Fabryce Tytoniu „Niemen” w Grodnie – gigancie kontrolowanym przez zaufanego oligarchę Aleksandra Łukaszenki, Aleksieja Aleksina. Fabryka ta, uznawana za przedsiębiorstwo strategiczne dla reżimu, od lat znajduje się na listach sankcyjnych USA i Unii Europejskiej z powodu zaangażowania w systemowy, państwowy przemyt. Wykorzystywanie balonów do transportu towaru z „Niemna” to jasny dowód na to, że za akcją nie stoją drobni przestępcy, lecz struktury powiązane z białoruską administracją państwową. I niechaj nikt nie wierzy w baśnie, że gangi przemytnicze w kontrolowanej przez białoruskie KGB i rosyjskie GRU nie zauważyły akcji przemytników.
Z naszych ustaleń (a rozmawialiśmy z pilotami balonów i meteorologami) oraz portalu niezależna.pl wynika, że operacja została przygotowana z dużą dbałością o logistykę i dogłębną znajomość awioniki. Wybór miejsc, z których startowały balony dokonano ze znajomością meteorologicznych szczegółów, które na Białorusi znają jedynie służby państwowe. Co więcej: start balonów musiał być skoordynowany w sposób wymagający udziału białoruskiego reżimu. Chodzi zarówno o ilość zaangażowanych osób jak i miejsca, z których one startowały. Dodatkowo uzyskaliśmy wiadomość ze Straży Granicznej, że polskie patrole zauważyły moment wznoszenia się obiektów. Balony startowały z terenów Białorusi położonych bezpośrednio przy granicy z Polską. A jeszcze precyzyjniej: z miejsc będących pod pełną kontrolą białoruskich służb mundurowych. Tylko taka lokalizacja pozwoliła bowiem na maksymalne wykorzystanie prądów powietrznych, aby obiekty w krótkim czasie znalazły się nad kluczowymi miejscowościami powiatu sokólskiego i białostockiego.
Według danych TV Republika i portalu niezalezna.pl, skala nalotu była ogromna – szacuje się, że polską granicę mogło przekroczyć nawet ponad 50 obiektów. Do tej pory służbom udało się odnaleźć zaledwie dwanaście z nich, w tym jeden, który wylądował w samym centrum Białegostoku, przy ul. Włókienniczej i drugi w okolicach Sokółki. Podobnie było w noc wigilijną ubiegłego roku: wówczas również odnaleziono kilkanaście z prawie 60 obiektów. Oznacza to, że pozostałe po polskiej stronie zostały przejęte czyli mamy w naszym kraju ludzi dobrze komunikujących się z Białorusinami i służbami, które nadzorowały wysłanie balonów z tego kraju. Nie wiemy kim są i nie wiemy jak namierzyli balony To bardzo niepokojący wniosek!
Najbardziej niepokojącą analizę sytuacji przedstawił na łamach mediów gen. bryg. w stanie spoczynku Dariusz Wroński. To były szef rodzajów wojsk w Polsce odpowiedzialny za obronę przeciwlotniczą. W jego ocenie, wiara w to, że chodzi wyłącznie o zysk z kontrabandy, jest „analfabetyzmem bezpieczeństwa”. Każdy z odnalezionych balonów wyposażony był w nadajnik GPS, który w tej konfiguracji nie służy przemytnikom do odbioru paczki, lecz białoruskim i rosyjskim służbom do precyzyjnego mapowania prądów powietrznych i badania polskiego systemu radarowego.
Jest to klasyczny zabieg typu ISR (Intelligence, Surveillance, Reconnaissance). Wróg testuje, na jakim pułapie nasze radary tracą obiekty z oczu, jak szybko reaguje Dowództwo Operacyjne i przy jakiej skali incydentu uruchamiane są procedury NATO. Balony, ze względu na swoją małą społeczną szkodliwość (kojarzoną z papierosami), są idealnym narzędziem do „znieczulania” czujności służb i budowania rutyny, która w godzinie prawdziwego konfliktu może okazać się tragiczna w skutkach.
W rosyjskiej i białoruskiej sztuce wojennej istnieje pojęcie „maskirowki” – czyli kamuflażu i dezinformacji. Podczepienie kartonów z papierosami pod obiekty testujące obronę przeciwlotniczą jest podręcznikowym przykładem tego działania. Zmusza to polskie władze do przyjęcia „cywilnej” narracji o walce z przemytem, co rozmywa powagę zagrożenia wojskowego.
Gdy media i politycy debatują o stratach skarbu państwa z powodu braku akcyzy, obce służby analizują luki w systemie ISR. To kształtowanie pola walki (pre-conflict shaping), które ma przygotować grunt pod przyszłe uderzenia przy użyciu dronów czy pocisków manewrujących, które będą mogły wykorzystać zmapowane teraz „dziury” w systemie obrony.
Największe kontrowersje budzi jednak bierność służb w zakresie eliminacji zagrożenia w locie. Choć Straż Graniczna widziała moment startu balonów, żaden z nich nie został strącony, zanim dotarł nad tereny zamieszkałe. Sytuacja ta powtarza się cyklicznie – podobny nalot miał miejsce w Wigilię 2025 roku, kiedy to wleciało blisko 60 obiektów.
Brak postępów w strącaniu i odnajdywaniu balonów jest uderzający. Służby ograniczają się do zbierania szczątków po ich wylądowaniu i apelowania do mieszkańców o nie podchodzenie do pakunków. Taka defensywna postawa pokazuje, że Polska wciąż nie wypracowała procedur neutralizacji nisko i wolno latających obiektów, które nie stanowią bezpośredniego celu militarnego (jak pocisk), ale niosą ze sobą ładunek o znaczeniu strategicznym lub rozpoznawczym. Pozostawienie nieba bezkarnym dla białoruskich „przesyłek” to sygnał słabości, który reżim Łukaszenki będzie bezlitośnie wykorzystywał.
Dzisiejsze balony niosą papierosy, ale jutrzejsze mogą być wyposażone w sensory chemiczne, zakłócacze sygnału GPS lub ładunki niebezpieczne. Skala prowokacji rośnie – od kilku sztuk w 2024 roku do zmasowanych fal po 50-60 obiektów obecnie. Zagrożenie dla Polski jest realne i wielowarstwowe: od testowania systemów wojskowych, przez prowokowanie niepokojów społecznych (brak ostrzeżeń dla mieszkańców Białegostoku o lądującym balonie), aż po budowanie bezkarności obcych służb w naszej przestrzeni powietrznej.
Jeśli polskie służby nie przejdą od roli „ekip sprzątających” do aktywnej obrony i neutralizacji obiektów w pasie przygranicznym, każda kolejna noc może przynieść coraz groźniejsze testy. Czas „naiwności” w ocenie działań Białorusi dawno się skończył – teraz czas na twardą odpowiedź systemową, zanim „maskirowka” zamieni się w realną agresję.
Widziałeś szczątki balonu w swojej okolicy? Zrób zdjęcie i wyślij do naszej redakcji – nie dotykaj nieznanych pakunków!
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze