To był jeden z tych wieczorów, o których na Podlasiu będzie się opowiadać latami przez długie lata. Choć końcowy gwizdek serbskiego arbitra na Stadio Artemio Franchi oznaczał pożegnanie Jagiellonii Białystok z Ligą Konferencji, to styl, w jakim Duma Podlasia opuściła europejskie puchary wywołuje dreszcze u każdego kibica nad Wisłą. Wygrana 4:2 z legendarną Fiorentiną na jej własnym terenie to wynik budzący szacunek piłkarskiej Europy. Po dramatycznym boju i hat-tricku 18-letniego Bartosza Mazurka oraz dogrywce, która trzymała w napięciu do ostatniej sekundy, w pomeczowej sali konferencyjnej mieszały się skrajne emocje: od niedowierzania i dumy, aż po sportową złość.
Jako jeden z pierwszych przed mikrofonami stanął Afimico Pululu. Napastnik, którego tak bardzo brakowało w pierwszym meczu w Białymstoku, tym razem był motorem napędowym niemal każdej akcji Jagiellonii. Choć sam bramki nie zdobył, to jego dwa kluczowe podania otworzyły drogę do siatki młodemu Mazurkowi.
– Byliśmy blisko, aby napisać zupełnie nowy rozdział w polskim futbolu. Chciałbym przede wszystkim podziękować kibicom. Oddaliśmy serce dla nich, bo wiemy, ile kilometrów musieli przejechać, by nas wspierać. Daliśmy im to, na co zasłużyli: walkę do upadłego. Ten mecz to dla nas niesamowite doświadczenie życiowe, ale to nie jest koniec. Jeszcze zobaczycie, będzie piękniej. Niech Europa widzi, że polski futbol rośnie w siłę i trzeba się z nami liczyć - mówił Afimico.
Reklama
Pululu, pytany o współpracę z Bartoszem Mazurkiem, nie krył dumy.
– Jestem szczęśliwy, że mogę pomagać chłopakom z takim talentem. Bartek musi teraz zachować chłodną głowę i spokój, a czeka go wspaniała przyszłość. Jeśli trener daje mi szansę, oddaję cały swój entuzjazm i zadziorność dla drużyny. Moje asysty to tylko część pracy. Najważniejsze, że jako drużyna pokazaliśmy, że polskie zespoły mogą czuć dumę – dodał napastnik, który już myślami wybiega ku niedzielnemu starciu z Legią Warszawa.
Prawdziwym bohaterem wieczoru był jednak Bartosz Mazurek. 18-latek, który jeszcze niedawno mógł tylko marzyć o grze na tak legendarnym stadionie, uciszył florencką publiczność trzykrotnie. Jego hat-trick przeciwko drużynie z Serie A to wyczyn, który w historii polskiej piłki nie ma wielu odpowiedników.
– Niesamowite. Dalej trochę nie dowierzam w to, co się stało. To mój pierwszy hat-trick w życiu. Ciężko mi uwierzyć, że zrobiłem to na takim stadionie i przeciwko takiej drużynie. Jestem zadowolony z bramek, ale dominuje żal, że nie udało się awansować. Mało brakowało, a przecież wszyscy nas skreślali. Pokazaliśmy, że nasze miejsce w Europie nie jest przypadkiem - mówił po meczu Bartosz dodając, że po meczu cieszył się z ojcem, który był na meczu.
Mazurek przyznał, że przy drugiej bramce dopisało mu szczęście, ale podkreślił, że wiara w sukces narastała z każdą minutą.
– Spełniłem marzenia, ale wiem, że stać mnie na takie rzeczy. Jestem dumny z całej ekipy. Graliśmy bez kompleksów i to przyniosło efekt – podsumował młody jagiellończyk, który z pewnością znajdzie się na celowniku skautów z całej Europy.
Trener Fiorentiny, Paolo Vanoli, pojawił się na konferencji z zafrasowaną miną. Choć jego zespół wywalczył awans, styl, w jakim "Viola" dała się zdominować w regulaminowym czasie gry, wywołał falę krytyki niezadowolenia wśród kibiców..
– Nie jestem zszokowany postawą Jagiellonii, bo wiedziałem, że to dobra drużyna. Bardziej zszokowała mnie postawa moich graczy w pierwszej połowie. Graliśmy fatalnie i musimy nad tym popracować – przyznał otwarcie Vanoli.
Reklama
Włoski szkoleniowiec tłumaczył, że wejście Davida De Gei było wymuszone kontuzją pierwszego bramkarza, natomiast pojawienie się na boisku takich asów jak Kean czy Faggioli miało uratować wynik, gdy sytuacja wymknęła się spod kontroli.
– Mieliśmy zaliczkę z pierwszego meczu i chcieliśmy oszczędzać siły na Udinese, ale Jagiellonia zmusiła nas do rzucenia wszystkich sił na pokład – dodał, doceniając klasę rywala z Podlasia.
Najwięcej czasu na analizę i podziękowania poświęcił trener Adrian Siemieniec. Szkoleniowiec żółto-czerwonych, mimo odpadnięcia, promieniał dumą. Podkreślił, że Jagiellonia w ciągu ostatnich dwóch sezonów rozegrała aż 32 mecze w europejskich pucharach, mierząc się z takimi markami jak Betis Sewilla czy Fiorentina.
– Chciałbym pogratulować Fiorentinie awansu, ale przede wszystkim chcę podziękować moim zawodnikom i kibicom. Nasi fani pokazali poziom godny najlepszych w Europie. Napisaliśmy historię. Ten mecz będzie wspominany latami nie tylko w Białymstoku, ale w całej Polsce. Pokazaliśmy się z fantastycznej strony. Doprowadzenie do dogrywki po odrobieniu trzech bramek straty na takim terenie to coś niesamowitego - mówił trener.
Siemieniec odniósł się też do fenomenu Mazurka, porównując go do Oskara Pietuszewskiego, który niedawno przeniósł się do FC Porto.
– To niewiarygodna inspiracja dla młodych piłkarzy. Bartek pokazał swoją uniwersalność, strzelając bramki z lewego skrzydła. Teraz naszą rolą jako sztabu jest pomóc mu się odnaleźć w nowej rzeczywistości, bo oczekiwania wobec niego wzrosną. Ale tego wieczoru nikt mu już nie zabierze – zaznaczył trener.
W trakcie konferencji padło pytanie o brak Tarasa Romanczuka i Afimico Pululu w pierwszym spotkaniu. Trener Siemieniec przyznał, że ich obecność mogła zmienić losy dwumeczu, ale woli skupić się na tym, co ci gracze dają klubowi tu i teraz.
– Powinniśmy doceniać, że żyjemy w czasach Romanczuka, Imaza i Pululu. To piłkarze, którzy piszą wspaniałą historię tego klubu. Czasami zastanawiam się, gdzie jest ich sufit. Wydaje mi się, że nie da się zagrać lepiej, a oni w kolejnym meczu pokazują coś jeszcze bardziej niesamowitego. Ich największą siłą jest powtarzalność. To ona wyróżnia największych – mówił z uznaniem o swoich liderach.
Siemieniec z przymrużeniem oka skomentował też pytanie o problemy włoskiej piłki, żartując:
– Może potrzebujecie polskich trenerów we Włoszech? Europa znów usłyszała o Jagiellonii i to jest nasz największy sukces marketingowy i sportowy.
Reklama
Mimo euforii po zwycięstwie we Florencji, rzeczywistość ligowa nie daje Jagiellonii wytchnienia. Już w niedzielę Białystok stanie się świadkiem kolejnego wielkiego widowiska – meczu z Legią Warszawa. Problem w tym, że "Duma Podlasia" kończyła bój we Włoszech skrajnie wyczerpana fizycznie.
– Czysto fizycznie czeka nas bardzo trudne zadanie. Za nami 120 minut walki, a czasu do niedzieli jest mało. Teraz liżemy ran.. Nie wiemy jeszcze, co z kontuzjami Jóźwiaka i Wojtuszka, sytuacja jest dynamiczna. Wiemy na pewno, że Taras Romanczuk nie zagra z powodu kartek. Ale wierzę, że zmęczenie to tylko emocja. Rezerwy tkwią w sferze mentalnej. To, co wydarzyło się we Florencji, zbudowało naszą siłę. Liczę na trybuny w Białymstoku. Przy pełnym stadionie, z pomocą naszych niesamowitych fanów, damy radę. Przeciwnik będzie musiał grać przeciwko całej jagiellońskiej rodzinie - podsumował trener.
Reklama
Jagiellonia wraca z Toskanii z tarczą, mimo że bez awansu. Włoskie media z pewnością na długo zapamiętają nazwisko Mazurka i waleczność ekipy z Podlasia. Teraz cała energia skupia się na krajowym podwórku, by za rok znów móc przeżywać takie emocje i – jak zapowiedział Pululu – napisać jeszcze piękniejszy rozdział.
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze