Czy Straż Miejska w Białymstoku w obecnym kształcie ma jeszcze rację bytu? To pytanie coraz głośniej zadają sobie mieszkańcy, obserwując narastający rozdźwięk między wydatkami z miejskiej kasy a realnym poczuciem bezpieczeństwa na ulicach. Kolejne przykłady niegospodarności oraz ignorowanie potrzeb białostoczan sprawiają, że dyskusja o zasadności utrzymywania tej formacji wraca z podwójną siłą. Tą sprawę podnoszą też często radni - głównie ci opozycyjni.
Jednym z najbardziej jaskrawych symboli niemocy Straży Miejskiej jest sprawa patroli rowerowych. Choć miasto chwali się imponującą siecią 173,5 km ścieżek rowerowych, strażnicy są na nich praktycznie nieobecni. Formacja posiada rowery zakupione jeszcze w 2007 roku, które miały służyć do patrolowania parków i tras niedostępnych dla samochodów. Problem w tym, że sprzęt ten od lat kurzy się w garażach.
Co jeszcze dziwniejsze rowery te nie posiadają nawet liczników, więc nie sposób zweryfikować, czy kiedykolwiek wyjechały w teren. W tym samym czasie białostocka policja regularnie i efektywnie korzysta z patroli rowerowych, udowadniając, że ten środek transportu świetnie sprawdza się w codziennej służbie. W Straży Miejskiej, zatrudniającej 159 pracowników, najwyraźniej brakuje chętnych do porzucenia wygodnych foteli w radiowozach. Zamiast tego formacja stawia na zakupy samochodów – obecnie dysponuje 18 pojazdami, a w planach są kolejne dwa, oczywiście za pieniądze podatników.
Koszty funkcjonowania białostockiej Straży Miejskiej sięgają już blisko 20 milionów złotych rocznie. To gigantyczna kwota, która zdaniem wielu mieszkańców mogłaby zostać spożytkowana znacznie lepiej. Padają konkretne propozycje: fundusze te mogłyby zasilić remonty dziurawych ulic, poprawić jakość transportu publicznego, sfinansować nowe miejsca w żłobkach czy realnie wpłynąć na bezpieczeństwo osiedlowe poprzez dofinansowanie policji.
Mieszkańcy punktują również dublowanie zadań. Większość poważnych interwencji i tak realizuje policja, podczas gdy strażnicy sprawiają wrażenie formacji skupionej na ochronie magistratu i obsłudze oficjalnych uroczystości z udziałem władz samorządowych. Dodatkowo tworzenie kolejnych stanowisk kierowniczych, w tym powołanie nowego zastępcy komendanta, budzi uzasadniony opór w obliczu braku rąk do pracy w bezpośrednim kontakcie z mieszkańcami.
Narastająca frustracja prowadzi do coraz częściej artykułowanego postulatu: przeprowadzenia referendum w sprawie rozwiązania Straży Miejskiej lub jej gruntownej, radykalnej reformy. Białostoczanie chcą mieć realny wpływ na to, jak wydawane są ich pieniądze i czy chcą dalej finansować instytucję, która w opinii wielu stała się zbyt kosztowna i oderwana od rzeczywistości.
Referendum byłoby ostatecznym sprawdzianem zaufania. Białystok potrzebuje nowoczesnej i aktywnej formacji, która będzie widoczna na ścieżkach rowerowych i w parkach, a nie kosztownej machiny biurokratycznej, dla której patrol na dwóch kółkach jest wyzwaniem ponad siły.
A dlaczego referendum, a nie decyzja Rady Miasta? Bo radni zachowują się jak karni żołnierze magistratu wykonujący rozkazy - często bezrefleksyjnie - prezydenta i jego zastępców. Trudno zresztą, by było inaczej - ponad połowa pracuje w miejscach zależnych bezpośrednio lub pośrednio od Tadeusza Truskolaskiego. I nieposłuszeństwo może zakończyć się rozmaitymi konsekwencjami w miejscu pracy. Nieprawdopodobne? W kuluarach słyszę od wielu radnych, że bynajmniej. Niebawem - obiecuję - opublikuję taką listę radnych miejskich wraz z miejscem ich zatrudnienia oraz możliwe formy nacisku ze strony magistratu.
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze