Reklama

Duma Podlasia wygrywa pod Jasną Górą! Jagiellonia goni lidera, a od pucharów tylko jeden krok!

To był wieczór pełen emocji, który zapewne był początkiem, który wieńczy dzieło czyli sezon w wykonaniu białostockiej Jagiellonii. W zaległym spotkaniu 31. kolejki PKO BP Ekstraklasy, zółto-czerwoni pokonali na wyjeździe Raków Częstochowa 2:0. Dzięki temu zwycięstwu podopieczni Adriana Siemieńca nie tylko umocnili się na drugim miejscu w tabeli, gwarantującym udział w eliminacjach do Ligi Mistrzów, ale wciąż liczą się w walce o tytuł mistrza Polski. Na dwa mecze przed zakończeniem rozgrywek strata do prowadzącego Lecha Poznań wynosi cztery punkty. Tyle samo wynosi przewaga nad 5 w stawce GKS Katowice - niedzielnym rywalem Jagi.

Kontynuacja zwycięskiej ścieżki i japoński cios

Trener Adrian Siemieniec najwyraźniej uznał, że zwycięskiego składu się nie zmienia. Na murawę w Częstochowie wybiegła dokładnie ta sama jedenastka, która kilka dni wcześniej pokonała Pogoń Szczecin. Początek meczu stał na wysokim poziomie, a obie ekipy narzuciły odważne tempo. Już w 4. minucie Taras Romanczuk groźnie uderzył z dystansu, zmuszając Kacpra Trelowskiego do trudnej interwencji. Raków musiał szybko radzić sobie z problemami kadrowymi – już przed 10. minutą boisko z urazem opuścił były jagiellończyk, Lamine Diaby-Fadiga, zastąpiony przez Tomasza Pieńkę. Tego właśnie gracza jagiellończycy powinni byli bać się najbardziej, bo w ostatnich meczach Medalików to właśnie on sprawiał najwięcej problemów rywalom. 

Choć gospodarze starali się naciskać, a blisko szczęścia byli Patryk Makuch i Marko Bulat, to Jagiellonia zadała pierwszy, bolesny cios. W 34. minucie Sergio Lozano precyzyjnie dośrodkował z rzutu rożnego, a Yuki Kobayashi wygrał pojedynek powietrzny i potężnym strzałem głową skierował piłkę do siatki. Dla japońskiego obrońcy był to pierwszy gol w barwach Dumy Podlasia. Raków mógł mówić o sporym pechu, ponieważ korner był efektem braku komunikacji między Bogdanem Racovitanem a własnym bramkarzem.

Reklama

„Obrona Częstochowy” w białostockim wydaniu

Druga połowa rozpoczęła się od prawdziwego oblężenia bramki Sławomira Abramowicza. Częstochowianie, prawdopodobnie po mocnej rozmowie z trenerem Dawidem Kroczkiem, ruszyli do skomasowanych ataków. Doskonałe okazje marnowali seryjnie Makuch, Jonatan Brunes oraz Stratos Svarnas. Najbardziej spektakularna pomyłka miała miejsce w 57. minucie – po rzucie rożnym Oskar Repka z metra przeniósł piłkę nad poprzeczką w sytuacji, której współczynnik xG wyniósł niewiarygodne 0.98.

Białostocka defensywa, mimo ogromnej presji, zachowywała jednak zimną krew. Jagiellonia przeczekała najtrudniejszy fragment i zaczęła szukać szans w kontratakach. Blisko podwyższenia wyniku byli Kajetan Szmyt oraz Jesus Imaz, jednak ich próby w tej fazie meczu były jeszcze minimalnie niecelne lub blokowane przez ofiarnie grających obrońców Rakowa. Gra w środkowej strefie zaostrzyła się, co poskutkowało żółtą kartką dla Tarasa Romanczuka – kapitan Jagiellonii z powodu nadmiaru upomnień nie zagra w kolejnym meczu przeciwko GKS-owi Katowice.

Reklama

Szmyt i Nahuel uciszyli trybuny gospodarzy

Gdy wydawało się, że Raków rzuci wszystkie siły do wyrównania, Jagiellonia przeprowadziła decydującą akcję wieczoru. W 82. minucie Taras Romanczuk uruchomił na skrzydle Kajetana Szmyta. Młody skrzydłowy po kapitalnej, dwójkowej akcji z rezerwowym Nahuelem Leivą, znalazł się w polu karnym i mocnym uderzeniem pokonał Trelowskiego. Sektor gości eksplodował radością, a dla Szmyta był to drugi mecz z rzędu z golem.

Ten gol definitywnie podciął skrzydła gospodarzom. Mimo wprowadzenia na boisko Iviego Lopeza czy Leonardo Rochy, Raków nie potrafił już poważnie zagrozić bramce Jagiellonii. Białostoczanie dowieźli dwubramkową przewagę do ostatniego gwizdka, pokazując ogromną dojrzałość taktyczną i cierpliwość. Bohaterami zostali piłkarze, którzy jeszcze niedawno byli postrzegani jako opcje rezerwowe, co tylko potwierdza siłę szerokiej kadry zbudowanej przez trenera Siemieńca.

Reklama

Bitwa o mistrzostwo trwa do samego końca

Zwycięstwo 2:0 nad ubiegłorocznym mistrzem Polski to wyraźny sygnał wysłany do Poznania. Jagiellonia udowodniła, że potrafi wygrywać na najtrudniejszych terenach w lidze, nawet gdy rywal dominuje w posiadaniu piłki i stwarza groźne okazje. Wygrana pod Jasną Górą niemal przypieczętowała udział Żółto-Czerwonych w europejskich pucharach, co jest historycznym osiągnięciem dla klubu z Białegostoku.

Przed Dumą Podlasia teraz dwa finały. Choć sytuacja w tabeli wciąż faworyzuje Lecha Poznań, Jagiellonia zrobiła wszystko, co do niej należało, by utrzymać presję na liderze. Najbliższe starcie z GKS-em Katowice będzie wymagało łatania dziury w środku pola po zawieszonym Romanczuku, ale po takim występie jak w Częstochowie, kibice mogą z optymizmem patrzeć na finisz rozgrywek. "Niemożliwe nie istnieje" – to hasło wybrzmiało w środowy wieczór wyjątkowo głośno.

Reklama

Raków Częstochowa - Jagiellonia Białystok 0:2 (0:1). Bramki: Yūki Kobayashi 34, Kajetan Szmyt 82. Żółte kartki: Oskar Repka (Raków), Norbert Wojtuszek, Bernardo Vital, Apostolos Konstantópoulos, Taras Romanczuk (Jagiellonia). Sędziował: Szymon Marciniak. Widzów: 5500.
Raków: Kacper Trelowski - Michael Ameyaw (67 Ivi López), Fran Tudor, Bogdan Racovițan, Strátos Svárnas, Adriano Amorim - Lamine Diaby-Fadiga (11 Tomasz Pieńko), Oskar Repka, Marko Bulat (79 Władysław Koczerhin), Patryk Makuch (67 Leonardo Rocha) - Jonatan Braut Brunes.
Jagiellonia: Sławomir Abramowicz - Norbert Wojtuszek, Bernardo Vital (56 Apóstolos Konstantópoulos), Yūki Kobayashi, Guilherme Montóia - Alejandro Pozo (79 Eryk Kozłowski), Taras Romanczuk, Sergio Lozano (56 Bartosz Mazurek), Jesús Imaz (79 Nahuel Leiva), Kajetan Szmyt (89 Bartłomiej Wdowik) - Afimico Pululu.

Reklama

Przemysław Sarosiek

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo ddb24.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości