Miniony weekend zapadnie w pamięć mieszkańcom wsi i miasteczek położonych w Puszczy Białowieskiej. W sobotę i w niedzielę strażacy, leśnicy i strażnicy graniczni wspomagani przez żołnierzy przeprowadzili jedną z najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych akcji gaśniczych w Puszczy Białowieskiej w ciągu ostatnich lat. Pożar wybuchł w rezerwacie przyrody Kozłowe Borki i gdyby nie błyskawiczna reakcja, profesjonalizm i nadludzki wysiłek strażaków, leśników, żołnierzy oraz pograniczników, skala zniszczeń byłaby niewyobrażalna.
Walka z pożarem trwała kilkanaście godzin, a bohaterowie w mundurach po raz kolejny udowodnili, że są jedyną realną tarczą chroniącą nasze wspólne dziedzictwo. Wszystko zaczęło się w sobotę, 25 kwietnia, tuż przed godziną 16.00. Zgłoszenie brzmiało dramatycznie: płonie ściółka leśna w rezerwacie Kozłowe Borki, niedaleko granicy z Białorusią. Kiedy pierwsze zastępy dotarły na miejsce, ogień zajmował już dwa hektary i błyskawicznie parł naprzód. Front pożaru miał niemal 400 metrów długości.
W kulminacyjnym momencie w akcję zaangażowanych było około 120 osób. Do walki stanęło 14 zastępów straży pożarnej z Hajnówki i okolicznych OSP, wspieranych przez Wojskową Straż Pożarną. Na pierwszej linii ramię w ramię ze strażakami walczyli pracownicy nadleśnictwa oraz żołnierze i funkcjonariusze Straży Granicznej, którzy podjęli pierwsze próby tłumienia ognia jeszcze przed przyjazdem ciężkiego sprzętu.
Przyczyny pożaru są badane, ale leśnicy i ludzie zatrudnieni w Zakładach Usług Leśnych nie mają złudzeń: to efekt głupich decyzji władz, którzy działając na życzenie części radykalnych organizacji ekologicznych od lat blokują ratowanie Puszczy Białowieskiej. Nie chodzi tu tylko o wprowadzony dwa lata temu zakaz wycinki drzew (moratorium), ale również o uniemożliwienie leśnikom opanowanie kryzysu wywołanego przez kornika. W efekcie w puszczy jest więcej niż kiedykolwiek martwych drzew. I o ile przyczyny pożaru mogą być różne to jego rozprzestrzenianie się to efekt ogromnej ilości martwego drewna.
- Martwe drzewa są faktycznie wilgotne i nie powinny być powodem pożaru. Tyle, że jeżeli jest ich tak dużo jak teraz to kiedy pożar już jest stanowią śmiertelne zagrożenie dla całego ekosystemu. Dodatkowo utrudniają akcję ratowniczą w tym tą z użyciem sprzętu. I choć władze Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych nie przyznają racji, bo podlegają resortowi to ludzie pracujący i żyjący z lasów wiedzą to dobrze. Nie będzie lepiej zwłaszcza jeśli nadal będzie taka susza jak w ostatnich latach - mówił nam jeden z leśników z powiatu hajnowskiego.
Leśnicy nie mają złudzeń: jedną z głównych przyczyn tak łatwego rozprzestrzeniania się ognia i trudności w jego opanowaniu była ogromna ilość martwego drewna. Rezerwat Kozłowe Borki, podobnie jak wiele innych części Puszczy, stał się ofiarą ideologicznych sporów. Pozostawione samym sobie suche świerki, zabite przed laty przez kornika to gigantyczne składowisko paliwa do tego, aby z niewielkich zarzewi powstawały pożary niszczące wiele hektarów lasu.
Przez lata „ekologiczni” aktywiści zaciekle bronili kornika i blokowali usuwanie martwych, suchych drzew. Dziś widać tragiczne skutki tej polityki – stojące i leżące martwe pnie zamieniły las w gigantyczne składowisko łatwopalnego materiału. To gorzka lekcja pokazująca, że bierność i brak gospodarki leśnej w imię „ochrony procesów” w rzeczywistości wystawiają Puszczę na śmiertelne niebezpieczeństwo.
Sytuację dodatkowo komplikował porywisty, zmienny wiatr.
– Wiał silny wiatr, który ciągle zmieniał swój kierunek – relacjonuje brygadier Piotr Sienkiewicz z PSP w Białymstoku.
Strażacy, leśnicy i żołnierze pracowali używając nie tylko wody, ale i tłumic oraz pilarek, by wycinać pasy bezpieczeństwa w trudnym terenie.
Dopiero po czterech godzinach morderczej pracy udało się zahamować postęp pożaru. Dogaszanie pojedynczych zarzewi trwało jednak do godziny 3.00 w nocy. Leśnicy i strażacy wykazali się niespotykaną koordynacją – gdyby nie ich wspólne działania, ogień przy takim wietrze mógłby „przeskoczyć” na koronę drzew, co doprowadziłoby do całkowitej zagłady tej części lasu.
Choć akcja zakończyła się w nocy, bohaterowie nie mogli spać spokojnie. Teren był dozorowany przez pracowników nadleśnictwa, a już w niedzielę rano, o godzinie 7.20, strażacy musieli wrócić na miejsce. Silny wiatr rozdmuchiwał ukryte pod ziemią zarzewia ognia. Kolejne 6 zastępów walczyło do godziny 16.00, przelewając wodą każdy metr kwadratowy pogorzeliska.
Łącznie spłonęło 6,7 hektara lasu. To największy pożar w Puszczy Białowieskiej od lat. Dzięki temu, że leśnicy i strażacy nie odpuścili ani na chwilę, udało się uniknąć jeszcze większej tragedii.
Dzisiaj, gdy dym już opadł, pozostaje pytanie o przyszłość. Policja ustala przyczyny pożaru, ale dla wielu obserwatorów winny jest nie tylko człowiek z zapałką, ale też system, który pozwolił na gromadzenie się w lesie tysięcy ton suchego drewna.
Pożar w Kozłowych Borkach to dowód na to, że prawdziwymi opiekunami Puszczy są ci, którzy wylewają pot podczas akcji gaśniczej, a nie ci, którzy piszą petycje o zakazie wstępu leśników do lasu. Podobnie komentują to internauci pod postami Fb Nadleśnictwo Białowieża. .
Czy Waszym zdaniem po tej tragedii nadejdzie czas na poważną rozmowę o przyszłości i bezpieczeństwie Puszczy z udziałem leśników zamiast oszalałych "ekologów"?
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze