Zresztą nie tylko drzwi gabinetów mogą być zamknięte, bo nawet może być i tak, że nie będzie komu odebrać telefonów. Dotyczy to przede wszystkim lekarzy rodzinnych z Białegostoku, którzy od poniedziałku będą musieli zająć się chorymi w szpitalu wojewódzkim w Łomży. Sytuacja nie wygląda dobrze, a na dodatek zakażonych koronawirusem i chorych na COVID-19 przybywa każdego dnia.
Walka z koronawirusem nie jest łatwa dla nikogo, ale najtrudniej ma personel medyczny w szpitalach oraz w zakładach opiekuńczo-leczniczych. Od poniedziałku dołączą do nich niektórzy lekarze rodzinni. To ci, których wojewoda podlaski skierował do szpitala w Łomży. Tam brakuje kadry i nie ma komu zajmować się pacjentami. Sytuacją niepokoją się lekarze rodzinni, którzy udając się do pracy w szpitalu będą musieli zostawić swoich pacjentów. A tymi też przecież ktoś musi się zająć.
„Pacjenci niektórych przychodni nie zastaną swoich lekarzy w poniedziałek. Dotyczy to kilku tys. Białostoczan - lekarze rodzinni dostali od wojewody nakazy pracy w szpitalu w Łomży. W okolicy są takie braki kadry lekarskiej, że sytuacja wymaga pozostawienia przychodni do końca listopada i pracy kilkadziesiąt kilometrów od domu. Wierzę, że jest to przemyślana decyzja służb wojewody. Nfz i Rzecznik Praw Pacjenta mogą spodziewać się słusznych skarg i pretensji. Mam nadzieję, że te urzędy przeprowadzą kampanię informacyjną, bo sytuacja jest tragiczna i w ciągu kilku tygodni przestanie działać opieka ambulatoryjna” – alarmowała w minioną sobotę na swoim profilu facebookowym lekarz Joanna Zabielska-Cieciuch, ekspert Porozumienia Zielonogórskiego.
Lekarze rodzinni od około miesiąca też zajmują się pacjentami tak zwanymi covidowymi. Choć wygląda to zupełnie inaczej niż w szpitalu. Przede wszystkim kierują na badania laboratoryjne te osoby, u których występują dolegliwości charakterystyczne dla tej choroby. Już kilka dni temu było wiadomo, że ponad połowa z nich jest diagnozowana pozytywnie i kierowana do izolacji domowej. Ciężkie przypadki trafiają na oddziały szpitalne. A tam występują już poważne braki kadrowe z racji zakażenia części personelu lub obowiązkowej kwarantanny.
„Minister zdrowia nałożył na Lekarzy Rodzinnych obowiązek diagnozowania i opiekowania się pacjentami zakażonych koronawirusem. Już po tygodniu okazuje się, że lekarze rodzinni są niezbędni w szpitalach zakaźnych, bo tam brakuje lekarzy. Kto ma przejąć opiekę nad setkami zakażonych przebywających w domach? W mojej małej przychodni wczoraj zleciliśmy kilkanaście testów, covid plus jest kilkudziesięciu. Jeśli będzie kilkuset - na osiedlu będzie potrzebny szpital polowy” – dodaje na swoim profilu w mediach społecznościowych Joanna Zabielska-Cieciuch.
Trudno powiedzieć, jak będzie wyglądała opieka medyczna w przychodniach rodzinnych, gdy i tam zabraknie lekarzy. Nie wiadomo czy i oni pracując w szpitalu nie będą zmuszeni udać się na kwarantannę lub nie zostaną zakażeni. Gdyby tak się stało, to część pacjentów tych lekarzy rodzinnych mogłaby zostać całkowicie bez pomocy na miejscu. Sytuacja zatem wygląda nieciekawie.
Na razie niemal z każdej strony padają prośby do wszystkich, aby stosować się do zaleceń sanitarnych, ale przede wszystkim o unikanie tłumów i skupisk ludzkich. Dystans społeczny oraz samoizolacja może powstrzymać falę zakażeń i choroby COVID-19, która rozprzestrzenia się w błyskawicznym tempie.
(Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska/ Foto: Flickr.com/ HerryLawford)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze