Prawie co drugi mandat z fotoradaru w Polsce ląduje w koszu, a nie w budżecie państwa. Ta statystyka sprawia, że Ministerstwo Infrastruktury przygotowało projekt zmian, które radykalnie uszczelnią system karania piratów drogowych. Dla naszego regionu, przez który przebiegają kluczowe trasy tranzytowe na wschód, nowe przepisy mogą oznaczać prawdziwą rewolucję w egzekwowaniu prawa. Dla lokalnych kierowców, którzy nie wyróżniają się szczególną skrupulatnością w płaceniu mandatów, może okazać się to dolegliwe.
W 2023 roku urządzenia automatycznego nadzoru nad ruchem zarejestrowały blisko milion wykroczeń (dokładnie 985 tys.). Okazuje się jednak, że aż 44,6 proc. spraw „rozeszło się po kościach”. Ponad 330 tys. wykroczeń uległo przedawnieniu, a 108 tys. dotyczyło aut z zagranicy, których kierowców nie dało się namierzyć. Na Podlasiu, gdzie ruch pojazdów spoza Unii Europejskiej jest codziennością, ten problem jest szczególnie widoczny. Obecnie system fotoradarowy, obejmujący ponad 470 urządzeń i 71 odcinkowych pomiarów prędkości, okazuje się bezsilny wobec biurokratycznych uników.
Rządowy projekt zakłada przejście na model odpowiedzialności właściciela pojazdu. Jeśli fotoradar zrobi zdjęcie, a sprawca nie zostanie ustalony, mandat stanie się problemem osoby widniejącej w dowodzie rejestracyjnym. To rozwiązanie wzorowane na przepisach z Czech.
Powstanie specjalny rejestr samochodów, którymi popełniono wykroczenia. Jeśli właściciel auta zarejestrowanego w Polsce nie opłaci mandatu lub nie wskaże skutecznie kierowcy, rząd planuje wprowadzenie procedury cofania dopuszczenia pojazdu do ruchu. To radykalny sposób, który ma jednak zmusić właścicieli do większej dbałości o to, komu powierzają kluczyki.
Dla województwa podlaskiego kluczowe są zapisy dotyczące obcokrajowców, zwłaszcza tych spoza UE. Projekt przewiduje, że jeśli podczas kontroli drogowej okaże się, iż danym autem popełniono wcześniej wykroczenie, a mandat nie został opłacony, pojazd zostanie niezwłocznie odholowany na parking depozytowy. Aby uniknąć utraty auta, kierowca będzie musiał na miejscu wpłacić kaucję w wysokości przewidywanego mandatu. Ma to ukrócić bezkarność kierowców aut na zagranicznych tablicach, którzy do tej pory czuli się nad fotoradarami niemal nietykalni.
Ministerstwo Infrastruktury zdaje sobie sprawę, że restrykcje to nie wszystko. Dlatego w projekcie znalazł się ciekawy mechanizm motywacyjny: 25 proc. zniżki dla tych, którzy zapłacą mandat w krótkim terminie. To rozwiązanie ma zachęcić do dobrowolnego i szybkiego regulowania należności, co odciąży machinę urzędniczą zajmującą się egzekucją. Jednocześnie Inspekcja Transportu Drogowego (ITD) otrzyma uprawnienia oskarżycielskie wobec osób, które odmawiają wskazania, komu powierzyły pojazd.
Obecnie wielu właścicieli unika kary, twierdząc, że nie pamiętają, kto prowadził auto. Nowe przepisy mają to ukrócić. Właściciel będzie musiał nie tylko podać dane i adres kierowcy, ale także uzyskać od niego potwierdzenie, że faktycznie prowadził pojazd w momencie wykroczenia. Dopiero takie przyznanie się zwolni właściciela z odpowiedzialności finansowej. Rząd chce, aby nowe prawo weszło w życie w trzecim kwartale 2026 roku. Eksperci ostrzegają jednak przed chaosem, szczególnie w branży leasingowej, gdzie jeden nieopłacony mandat może teoretycznie uziemić pojazd niewinnego użytkownika.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze