To brzmi jak scenariusz komedii pomyłek, ale wydarzyło się naprawdę na ulicach Bielska Podlaskiego. Pewna 40-latka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i udowodnić, że samochód to ona już ma, brakuje jej tylko „papierka”. Niestety, jej logiczne skądinąd podejście legło w gruzach w zderzeniu z rzeczywistością, przepisami i... innym autem na parkingu. Historia jej wizyty w ośrodku egzaminowania to gotowy materiał na anegdotę, choć samej zainteresowanej do śmiechu raczej nie jest.
Większość kandydatów na kierowców na swój egzamin przyjeżdża autobusem, pociągiem lub podwożona przez cierpliwych znajomych. 40-letnia mieszkanka Bielska Podlaskiego uznała jednak, że takie rozwiązanie jest mało praktyczne. Skoro w garażu czekał już zakupiony wcześniej Hyundai, kobieta po prostu do niego wsiadła i sama przyjechała pod ośrodek WORD.
Jak tłumaczyła później policjantom, auto kupiła sobie z wielką nadzieją, że w końcu uda jej się zdobyć uprawnienia. To nie była jej pierwsza próba, więc determinacja była ogromna. Problem w tym, że prawo jazdy to nie tylko marzenie, ale przede wszystkim dokument, którego bielszczanka nigdy nie posiadała.
Fatum zawisło nad kobietą już w sali egzaminacyjnej – po raz kolejny nie udało jej się zaliczyć testu. Rozgoryczona i zdenerwowana porażką, wróciła do swojego Hyundaia. Emocje wzięły górę nad umiejętnościami, których – co potwierdził wynik egzaminu – wciąż brakowało. Wyjeżdżając z parkingu przed szkołą podstawową, 40-latka nieumyślnie, ale skutecznie, zarysowała stojący obok samochód.
Zamiast jednak poczekać na właściciela, spanikowała i odjechała z miejsca zdarzenia. Myślała pewnie, że pechowy dzień po prostu się skończył. Nic z tych rzeczy. Poszkodowany mężczyzna zgłosił sprawę policji, a funkcjonariuszka prowadząca postępowanie szybko ustaliła, kto brał udział w stłuczce.
Kiedy policjantka zapukała do drzwi 40-latki, prawda wyszła na jaw w całej swojej absurdalnej okazałości. Kobieta przyznała się do wszystkiego, tłumacząc swoje zachowanie rozkojarzeniem po oblaniu egzaminu. Mundurowi nie mogli jednak przejść obok tej historii z uśmiechem politowania.
Finał jest kosztowny: bielszczanka otrzymała mandat w wysokości 1020 złotych oraz 10 punktów karnych. Ironia losu polega na tym, że punkty te zasilą jej konto, zanim jeszcze zdążyła je oficjalnie otworzyć jako kierowca. To jednak nie koniec kłopotów – za kierowanie pojazdem bez żadnych uprawnień kobieta będzie musiała teraz tłumaczyć się przed sądem. Wygląda na to, że wymarzony Hyundai jeszcze długo postoi w garażu, a kurs na prawo jazdy trzeba będzie uzupełnić o solidne lekcje z pokory i... parkowania.
PS
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze