We wtorkowy wieczór na stadionie w Sztokhomie reprezentacja Polski przegrała finał baraży o udział w mistrzostwach świata w USA, Meksyku i Kanadzie. Po dramatycznym boju ze Szwecją, biało-czerwoni przegrali 2:3 i zostaną w domu. Polski po raz pierwszy od dekady zabraknie na wielkim turnieju. Co tym zadecydowały i czy winny jest tylko fatalnie prowadzący mecz zespół sędziowski? I co należy zmienić, żebyśmy nie doznali rychło kolejnych rozczarowań?
Choć biało-czerwoni zagrali najlepiej od kilku lat to sportowo mogli ugrać znacznie więcej. Zadecydowały kompromitujące błędy polskich obrońców i Słoweniec. Nazwisko arbitra Slavko Vinčicia będzie w Polsce odmieniane przez wszystkie przypadki. Słoweniec, który miał być pewniakiem UEFA na mundial, na oczach całego świata popełnił błędy, które wyeliminowały Polaków z gry o marzenia. To trzeba jasno powiedzieć - miały one wpływ na to, że biało-czerwonych nie ma na Mundialu.
Miał być pokaz sędziowskiego kunsztu, a skończyło się na kompromitacji, która waży dziesiątki milionów złotych i lata pracy całego sztabu. Slavko Vinčić przyjechał na mecz Szwecja – Polska jako jeden z głównych faworytów do prowadzenia najważniejszych spotkań nadchodzącego mundialu. FIFA ma ogłosić listę arbitrów już 7 kwietnia, ale po tym, co wydarzyło się w sobotni wieczór, nazwisko Słoweńca powinno zostać z niej natychmiast wykreślone.
Kontrowersje zaczęły się już w pierwszej połowie, kiedy arbiter nie dopatrzył się ewidentnego przewinienia w polu karnym na naszym napastniku. Jednak prawdziwy skandal miał miejsce w końcowej fazie meczu. Decyzje o wątpliwym rzucie wolnym, po którym rywale zdobyli decydujące trafienie, sprawiły, że krew zawrzała w żyłach kibiców. Historia futbolu zna wiele przypadków, gdzie błąd arbitra eliminował sędziów z turniejów finałowych – miejmy nadzieję, że tym razem FIFA zrezygnuje z usług słoweńskiego patałacha na Mundialu. Niestety, Polakom nikt już szansy na awans nie przywróci.
Nie można jednak zwalać całej winy na panów w niebieskich koszulkach oraz równych im nieudacznikach z Niemiec obsługujących VAR (nie poprawili sędziów przy utracie gola na 1:2, gdzie był i faul na Lewandowskim i... spalony - tak przynajmniej twierdzi Rafał Roskowski, były sędzia FIFA i telewizyjny ekspert od przepisów gry). To, co działo się w naszej formacji defensywnej podczas decydujących momentów eliminacji, wołało o pomstę do nieba. Polska obrona, która w tym meczu miała być monolitem, w starciu ze Szwedami przypominała szwajcarski ser. Brak komunikacji, proste błędy indywidualne i fatalne ustawienie przy stałych fragmentach gry to grzechy główne, które zemściły się w najgorszy możliwy sposób.
Szwedzi nie mieli wielu szans: grali lekko archaiczny futbol, a Polska pod każdym względem dominowała. Pod prawie każdym, bo... Szwedzi byli lepsi pod względem strzelonych bramek czyli najważniejszym wskaźniku, który rozstrzyga o awansie. Tymczasem polska defensywa popełniała tak podstawowe błędy, na której nie ma miejsca na tym poziomie rozgrywek. Polska „barykada” pękła w momencie, gdy presja była największa. Bez solidnych tyłów trudno marzyć o wygrywaniu z solidnymi europejskimi markami, a mecz ze Szwecją (zespołem, który w 2025 roku był tłem dla innych) był tego bolesnym dowodem.
W tym całym dramacie warto jednak zwrócić uwagę na postać, która dla kibiców z naszego regionu jest szczególnie istotna. Na placu boju zameldował się Oskar Pietuszewski – wychowanek Jagiellonii Białystok, który przebojem wdarł się do narodowej kadry. Choć cała drużyna zawiodła, młody pomocnik pokazał to, z czego słynie szkoła futbolu przy Jurowieckiej: odwagę, nieszablonowe myślenie i niesamowitą determinację.
Pietuszewski, mimo młodego wieku, nie przestraszył się fizycznie grających Szwedów. To on kilkukrotnie szarpnął na skrzydle. Popełniał - tak jak jego koledzy - błędy w defensywie, ale ponownie pokazał, że jest materiałem na wielkiego piłkarza. W Sztokholmie pokazał się ze słabszej stronie niż w grze przeciw Albanii, ale występ w takim meczu to ogromny ciężar gatunkowy. Oskar zdał egzamin z dojrzałości, pokazując, że Jagiellonia potrafi szkolić zawodników na poziomie reprezentacyjnym. Jeśli mielibyśmy szukać jakiegokolwiek pozytywu w tej klęsce, to jest nim właśnie świadomość, że rośnie nam lider środka pola na lata. Szkoda tylko, że jego wielki talent nie zostanie zaprezentowany na boiskach w USA.
Porażka w eliminacjach boli tym bardziej, że kończy piękną kartę w historii polskiej piłki. Od 2016 roku, kiedy to błyszczeliśmy na Euro we Francji, przyzwyczailiśmy się, że Polska jest stałym elementem wielkich piłkarskich świąt. Mundial w Rosji, Euro 2020, mistrzostwa w Katarze i ostatnie Euro w Niemczech – wszędzie tam byliśmy. Generacja kibiców dorastała w przekonaniu, że awans to nasz obowiązek. Dodatkowo smutek budzi fakt, że nie ma nas na imprezie, na której jest aż 48 zespołów (najwięcej w historii) i są takie drużyny jak np. Bośnia, Irak, Uzbekistan czy Katar).
We wtorek skończył się piękny sen o silnym polskim futbolu. Po raz pierwszy od dekady Mundial spędzimy jako neutralni obserwatorzy, oglądając w akcji Szwedów, Francuzów czy Argentyńczyków. To bolesna lekcja pokory dla całego środowiska piłkarskiego w kraju. Systemowe braki szkolenia, niemoc organizacyjna i wizerunkowa Polskiego Związku Piłki Nożnej, marazm regionalnych związków, o których mówiło się od lat, w końcu nas dogoniły i zatruły reprezentację. Brak ciągłości w szkoleniu i mizeria organizacji piłkarskiej sprawiły, że wracamy do mrocznych czasów, gdy wielkie turnieje oglądaliśmy jedynie przed telewizorami, nie mając komu kibicować.
Po takim blamażu nie ma miejsca na półśrodki. Kibice domagają się rozliczeń i trudno im się dziwić. O ile nazwisko selekcjonera Jana Urbana nie wzbudza negatywnych emocji to wielu fanów żąda głów szefów związku. Na czele PZPN stoi białostoczanin Cezary Kulesza, który jest twarzą tej porażki i wielu wizerunkowych wpadek polskiego futbolu. To nie tylko sędzia Vinčić "pomógł" nam odpaść, i nie tylko nasza obrona dawała prezenty rywalom. To czubek góry lodowej i skutek ogromnego problemu polskiego futbolu. Przez lata źródłem kryzysu były kluby piłkarskie, które nie dojeżdżały za reprezentacjami i federacją. Obecnie to kluby i polska liga są źródłem radości i pozytywnych emocji dla kibiców, a PZPN kojarzy się z porażką, obciachem i powodem do zawstydzenia.
Ten mechanizm przestał działać i nie wystarczy tylko nowy impuls dla kadry, która faktycznie potrzebuje odważnego postawienia na młodych wilków pokroju Pietuszewskiego, dla których reprezentacja to najwyższy zaszczyt, a nie tylko kolejny wpis w CV. Pora na transparentność w procesie szkolenia, doboru kadr zarządzających federacją, organizacją rozgrywek, szkoleniem i całą logistyką. Bez tego nie ma początku drogi do odbudowy zaufania fanów.
Brak awansu na mundial to nie tylko zgaszenie entuzjazmu polskich kibiców. Warto wspomnieć, że niedawno PZPN w niejasnych okolicznościach wygasił współpracę przy zorganizowanym dopingu na meczach polskiej reprezentacji. W równie niejasnych okolicznościach zapadają też i inne decyzje o bardziej długofalowym i poważniejszym skutku dla przyszłości polskiego futbolu. Bo brak udziału w Mundialu to nie tylko utrata prestiżu, ale również potężny cios finansowy dla PZPN. A to może odbić się na szkoleniu młodzieży. Warto zatem, żeby związek wyjaśnił gdzie zacznie ciąć koszty i niech to będą sute apanaże dla prezesów, decydentów i licznych dyrektorów a nie środki na kształcenie młodych adeptów piłkarskich. Zamiast setek tysięcy na diety, podróże, wypłaty niech te pieniądze popłyną w wynagrodzenia trenerów młodzieży, skautów i tworzenie systemu szkolenia narybku.
Musimy wyciągnąć wnioski z błędów, których skutek oglądaliśmy na stadionie w Szwecji i wszędzie tam, gdzie polska piłka w ostatnich miesiącach traciła blask. Nadchodzące miesiące będą czasem smutnej analizy, ale miejmy nadzieję, że na gruzach tej ekipy powstanie zespół, który na kolejne turnieje pojedzie już bez oglądania się na sędziowskie gwizdki.
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze