Od kilkudziesięciu lat lokalny kacyk obstawił najważniejsze stanowiska w całym regionie swoimi zaufanymi, a przez syna trzęsie największą lokalną partią rządzącą. Organizuje za publiczne pieniądze wystawy w centrum miasta pokazujące jego fantastyczne dokonania, a jego wybrańcy ogłaszają go Honorowym Ambasadorem regionu. Kilkaset metrów dalej absurdalnie droga toaleta za kilkaset tysięcy od wielu tygodni nieczynna i zdewastowana. W ścisłym centrum miasta, obok największego zabytku miejscowości, gdzie za chwilę przejdzie kilkanaście tysięcy ludzi w procesji Bożego Ciała. Nieco dalej rozgrzebana inwestycje - też w centrum, z których właśnie wyrzucono wykonawców. Ranczo Wilkowyje? Komedia Barei? Kolejny fim o Boracie? Nie. To Białystok.
Białystok, maj 2026 roku. Na deptaku przy Kuratorium Oświaty, w samym sercu miasta kwiat podlaskiej włądzy pleni się w podniosłej atmosferze. Błyskają flesze, przecinane są wstęgi: rządzący od 20 lat Białymstokiem prezydent Tadeusz Truskolaski wraz z marszałkiem województwa Łukaszem Prokorymem z dumą otwierają plenerową wystawę. Zaraz potem dostaną od wojewody Jacka Brzozowskiego dodatkowo medale i nagrody. Pretekst? Święto samorządu i prezentacja dwudziestu najbardziej spektakularnych inwestycji zrealizowanych dzięki wsparciu Funduszy Europejskich. Marszałek publicznie nazywa prezydenta „osobą, która miała pomysł na to miasto”, a sam Truskolaski z nieskrywanym samozadowoleniem peroruje o realizowaniu 250 projektów rocznie.
Ta huczna plenerowa ekspozycja pochłonęła z publicznej kasy dobrych kilkadziesiąt tysięcy złotych i ma jeden cel: udowodnić mieszkańcom, że żyją w krainie nieskończonego sukcesu, którego autorem jest Tadeusz Truskolaski. Nieco z boku, ale obok niszczeje w ciszy jedna z wielu miejskich inwestycji nazywana przez złośliwych "szaletem prezydenta" .Ponieważ na opisywanej wystawie nie znajdziecie jej zdjęć więc dajemy je przy tym artykule. Obejrzyjcie zatem szalet miejski zbudowany w cenie apartamentu w centrum miasta. Choć istnieje od niedawna ma ciekawą historię: budowany, rozbierany, naprawiany i przeważnie niedziałający i nie pilnowany przez nikogo. Niszczony i dewastowany w mimo setki strażników miejskich na co dzień pilnujących handlarzy włoszczyzną i starociami, ścigających źle parkujących kierowców i dzielnie wystawiających mandaty. Szalet otrzymał nagrodę, ale o tym poniżej.
W Boże Ciało przejdą obok niego tysiące osób idących w uroczystej procesji Bożego Ciała, a wśród nich będzie prezydent (lub jego zastępca). Część z ludzi będących na długim nabożeństwie i potem procesji pójdzie za potrzebą w krzaki zabytkowego Pałacu Branickich. Dlaczego tak? Bo toaleta od wielu tygodni nie działa, a miasto bohatersko walczy z jego naprawą. Nie daje rady tej sprawie. Ale za to zorganizowało wystawę i konferencje prasowe ku chwale urzędników. Absurd? Nie. Białystok 2026.
Jak mówił jeden z mówców czasie konferencji prasowej otwierającej opisywaną wyżej wystawę inwestycje w Białymstoku mają format prezydencki. No to poszukajmy formatu prezydenckiego w najsłynniejszej (a nawet najbardziej opisywanej) w ostatnich latach inwestycji Białegostoku. Aż dziwne, że zabrakło miejsca dla niej na słynnej wystawie dokonań "człowieka, który ma pomysł na miasto".
Łatwo tam trafić: od wspomnianej wystawy trzeba przejść kilkaset metrów deptakiem w kierunku Pałacu Branickich. Tam na skraju Parku Planty i Bulwarów Kościałkowskiego stoi obiekt gdzie można ocenić prezydencki format Tadeusza Truskolaskiego i białostockich inwestycji. Oto tam, w cieniu białostockiej katedry, stoi prawdziwy pomnik możliwości ekipy prezydenta: najsłynniejsza, modułowa toaleta publiczna w Polsce. Dodajmy - jak zwykle nie działająca. Kosztowała bagatelne 436 tysięcy złotych czyli w czasie jej otwarcie cenę apartamentu w stolicy województwa. Od 2022 roku kiedy ją budowano dłużej jest nieczynna niż dostępna, ale format ma niewątpliwie prezydencki. Kiedy działa można w niej zapłacić kartą.
Niestety - w Boże Ciało 2026 - zamiast służyć ludziom, straszy dyktą, zniszczonym i wyrwanym ze ściany panelem płatniczym oraz kompletnie zdewastowanym otoczeniem. Wokół śmierdzi, a przed wejściem jest prowizoryczne ogrodzenie. Strażnika miejskiego w tych okolicach trudno zauważyć, bo nikt tego przybytku nie pilnuje, choć kilkaset metrów dalej są obiekty, gdzie urzęduje prezydent a on sam i jego zastępcy z lubością pozują do zdjęć na konferencjach.
Toaleta nie działa od miesięcy bo miasto zamawia drogie części do jej naprawy. Dla nikogo w magistracie nie wydaje się to absurdalne, że w tym samym czasie władze Białegostoku są zajęte produkowaniem kolejnych propagandowych ulotek i wystaw za dziesiątki tysięcy. Nikogo w mieście nie dziwi, że od miesięcy miasto potrafią naprawić jednego szaletu w ścisłym centrum. Przez prawie 20 lat rządów prezydenta można się przyzwyczaić, że jak się nie da - to się nie da.
Aby w pełni zrozumieć absurd, w jakim tkwią władze Białegostoku, trzeba przypomnieć bolesną historię tego sanitarnego monumentu. Toaleta przy ulicy Legionowej miała zostać otwarta w październiku 2022 roku. Nie została, bo nadzór budowlany odkrył, że przy budowie ktoś zapomniał o… przedsionku. Farsa trwała miesiącami, aż w czerwcu 2023 roku obiekt całkowicie zdemontowano, wywieziono, przebudowano i postawiono na nowo. Koszt całej inwestycji? Ponad 400 tysięcy złotych – kwota, za którą w tamtym czasie można było kupić regularne mieszkanie w Białymstoku.
Inwestycja szybko zyskała niechlubny rozgłos w całym kraju, stając się ogólnopolskim symbolem marnotrawstwa. Fundacja Warsaw Enterprise Institute (WEI) nominowała białostocki szalet w ogólnopolskim plebiscycie na najgorsze i najbardziej absurdalne inwestycje publiczne. Przedstawiciele fundacji przyjechali nawet pod podlaski magistrat ze statuetką misia, wprost nawiązującą do kultowej komedii Stanisława Barei. Jak na tę krytykę zareagował białostocki urząd? Rzeczniczka prezydenta Białegostoku, Urszula Boublej, w rozmowie z mediami bezceremonialnie ucięła temat: „Marnowaniem czasu jest ten plebiscyt. Tak samo można nazwać ten plebiscyt”. I podawała statystyki, że z toalety korzystają tysiące ludzi, więc o żadnym absurdzie nie może być mowy. Dziś te słowa brzmią jak ponury żart.
Toaleta, choć absurdalnie droga, rzeczywiście była w Parku Planty potrzebna. Problem w tym, że od kwietnia 2026 roku znów jest kompletnie niesprawna i zamknięta na cztery spusty. Psuje się niestety często, bo jest raczej słabo pilnowana. Więcej uwagi straż miejska poświęca temu, kto protestuje aktualnie pod zabytkowym ratuszem czy pilnowaniu prezydenckich limuzyn pod urzędem. Nic więc dziwnego, że wandale wyrwali ze ściany główny panel płatniczy, a miasto rozłożyło ręce. Koszt naprawy oszacowano na kolejne 20-30 tysięcy złotych – czyli tyle, ile wydano na nową, propagandową wystawę o sukcesach prezydenta Truskolaskiego. To zresztą nie jest pierwsza tak długo naprawiana awaria w historii najbardziej znanej inwestycji prezydenta Truskolaskiego.
Sama toaleta - w tych krótkich okresach, kiedy jest dostępna - jest mało... funkcjonalna. Jak zauważył złośliwy dziennikarz "czystość jest tam tak duża jak transparentność decyzji prezydenta. Czyli... jest symboliczna: jest, ale jakby jej nie było".
Co robi magistrat w sprawie toalety? Na razie czeka. Anna Kowalska z biura prasowego Urzędu Miejskiego poinformowała, że sprawa dewastacji trafiła na policję, a termin uruchomienia toalety to „może koniec czerwca, o ile nie wystąpią komplikacje”. Policja prowadzi czynności, ale nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że sprawcy pozostaną - jak przy podpaleniach na osiedlu Przydworcowe - nieznani.
Jest zatem tak: w ścisłym centrum miasta, w reprezentacyjnym parku, tuż obok Pałacu Branickich, katedry i Starówki odwiedzanych przez tysiące turystów, mamy niedziałającą toaletę i zdewastowane otoczenia. Czy to dowód na to, że białostockie władze potrafią inwestycję jedynie hucznie otworzyć przed kamerami? Władze twierdzą, że nie. Tyle, że dbanie o inwestycje w kolejnych latach ich istnienia całkowicie przerasta ich możliwości organizacyjne i to jest niestety fakt.
Szczyt kompromitacji i urzędniczej ślepoty przypadnie jednak na Boże Ciało. Szalet stoi bezpośrednio przy trasie, którą w Boże Ciało przejdzie kilkunastotysięczna procesja mieszkańców Białegostoku i regionu - tuż obok placu przed katedrą, gdzie przybędzie tysiące wiernych. Przy ogromnym natężeniu ruchu w centrum, kluczowa infrastruktura sanitarna będzie zabita deskami. Dodatkowo koniec maja i czerwiec to okres Juwenaliów, imprez studenckich, okres wielu szkolnych wycieczek i wypadów.
Czy mieszkańców traktuje się jak naiwnych widzów w kinie, którym pokazuje się im kolorowe ilustracje sukcesu na planszach, podczas gdy realne problemy pozostają nierozwiązane? To oczywiste, że nie - realne i palące potrzeby białostoczan to pełna wiedza o inwestycjach prezydenta, oglądanie jego konferencji prasowych i sukcesów oraz słuchanie przemówień jego syna. Piszę to z pełną powagą, bo właśnie takie przekonanie panuje na Słonimskiej i Kilińskiego, gdzie pracują dla dobra białostoczan prezydent i jego urzędnicy. To oczywiste, że ładny obrazek z unijną flagą przykryje smród niedziałającej od miesięcy toalety za pół miliona złotych. To wcale nie jest jawne lekceważenie ludzi, którzy co miesiąc zrzucają się w podatkach na pensje rządzących. Zdecydowanie nie!
Gdy w mieście brakuje pieniędzy na bieżące naprawy, a kolejne inwestycje są zamrażane pod pretekstem „szukania oszczędności”, białostocki magistrat wykazuje się niezwykłą elastycznością w przypisywaniu sobie cudzych zasług. Doskonałym przykładem jest wiceprezydent Rafał Rudnicki, który w mediach społecznościowych i na oficjalnych galach najgłośniej chwali się historycznym sukcesem lokalnej gastronomii. Aż pięć białostockich restauracji (Kwestia Czasu, Regiment, Skórka, Sztuka Mięsa oraz Sztuka Chleba i Wina) znalazło się w elitarnym, światowym przewodniku Michelin. Dlaczego piszę o Rudnickim? Bo to on z dumą ogłaszał otwarcie tej słynnej toalety jako swój sukces. On też kpił z krytyków kosztów i okoliczności budowy i stał się twarzą tej najbardziej znanej inwestycji więc chyba poczuwa się do odpowiedzialności za nią skoro podpisuje się pod tematami, w których jego udział jest raczej symboliczny.
Bo jaki miał w udział w sukcesie restauratorów? Być może zjadł tam posiłek (oby nie darmowy). Na pewno urzędnicy mu podlegli wystawili rachunki za podatek od nieruchomości, wydawali pozwolenia na przebudowę (pewnie szybko i sprawnie, bo jak mogli inaczej), nie zbudowali dodatkowych miejsc parkingowych (bo po co). Najlepsze co Rudnicki i jego ekipa mogła zrobić w tej sprawie to nie przeszkadzać No, skoro jest okazja się pochwalić... Wprawdzie od lat w centrum miasta (tam są wspomniane restauracje) nie powstały dodatkowe miejsc parkingowe ani infrastruktura ułatwiająca dotarcie do tych miejsc, ale przecież całe miasto drastycznie zaciska pasa i tnie inwestycje, „bo musi oszczędzać”. Warto to jasno napisać: urzędnicy w żaden sposób nie pomagają przedsiębiorcom (poza deweloperami), nie dotują ich działalności, nie ułatwiają walki z biurokracją. Restauratorzy kulinarny sukces wywalczyli sami – ciężką, wieloletnią pracą, ryzykując własne pieniądze i zdrowie. Dlaczego zatem lans Rudnickiego? Oto najlepiej działająca rzecz w Białymstoku: marketing polityczny, w którym sukcesy mieszkańców są prywatyzowane przez władzę, a porażki – takie jak zdewastowany szalet – spychane na boczny tor.
Ale dość żartów w tym felietonie. Odklejenie białostockiego magistratu od realnych potrzeb mieszkańców zaczyna niebezpiecznie przypominać najgorsze standardy polskiego samorządu. Prezydent i jego zastępcy wydają się święcie przekonani o własnej nieomylności na stanowiskach i tym, że wszyscy dokoła są ślepi. Warto więc przypomnieć im lekcję z nieodległej historii Polski: w maju w Krakowie mieszkańcy, doprowadzeni do ostateczności arogancją władz, gigantycznym marnotrawstwem na nikomu niepotrzebne projekty i całkowitym oderwaniem od oczekiwań podatników, doprowadzili do rozpisania referendum i ostatecznego odsunięcia go od władzy.
Białostoczanie również mają swoją granicę wytrzymałości. Nie da się bez końca karmić ludzi propagandą sukcesu i plenerowymi wystawami o „250 inwestycjach rocznie”, gdy w tym samym środku miasta nie działa coś zbudowane za setki tysięcy złotych z naszych pieniędzy i śmierdzi moczem i gównem. To nie jest jeszcze powód do referendum - zgoda. Ale rozmiar arogancji władzy, który nieustająco rośnie już tak.
Czas, by białostocki magistrat zszedł z pomników, schował unijne nożyczki do wstęg i wziął się za sprzątanie oraz naprawianie tego, co sam koncertowo zepsuł. W przeciwnym razie to mieszkańcy wystawią im rachunek – i nie będzie to rachunek za obiad w restauracji z gwiazdką Michelina.
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze