To była niedziela, którą kibice Dumy Podlasia zapamiętają. Jagiellonia Białystok przełamała serię słabszych występów, ale zrobiła bezlitośnie skutecznie. Żółto-czerwoni, wypunktowali Arkę w twierdzy Gdynia aż 3:0. To zwycięstwo ma jednak znacznie głębszy wymiar niż tylko trzy punkty w tabeli. To też chwila, gdy Jesús Imaz stał się najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Ekstraklasy, a trener Adrian Siemieniec udowodnił, że potrafi zarządzać kryzysem pod gigantyczną presją.
Dla Adriana Siemieńca niedzielna wizyta w Gdyni była podróżą sentymentalną. Szkoleniowiec Jagiellonii w przeszłości pracował w Arce, a przedmeczowe powitanie ze strony gospodarzy określił jako niezwykle życzliwe. Jednak na boisku nie było miejsca na uprzejmości. Jagiellonia, choć statystycznie ustępowała rywalom w pierwszej połowie, pokazała to, czego Arce dramatycznie brakowało – chłodną krew i jakość w kluczowych sektorach boiska.
– Wiedzieliśmy, jak wygląda nasza sytuacja, byliśmy świadomi tej presji. Żeby myśleć o czymkolwiek w tym sezonie, musieliśmy dziś w Gdyni wygrać – przyznał na gorąco Siemieniec.
Trener nie ukrywał, że początek spotkania był trudny, a „ciężar gatunkowy” meczu pętał nogi jego zawodnikom. Dodał, że piękna bramka otwierająca wynik zmieniła oblicze spotkania i choć Arka miała swoje „czyste” sytuacje, to szczęście i kunszt Sławomira Abramowicza pozwoliły Jagiellonii przetrwać trudne chwile i wyprowadzić zabójcze ciosy w stylu, do którego przyzwyczaiła nas w najlepszych momentach sezonu.
Głównym aktorem widowiska był Jesús Imaz. Hiszpan zdobył dwie bramki, osiągając magiczną liczbę 110 trafień w Ekstraklasie. To moment historyczny – Imaz wyprzedził Flavio Paixao i stał się samodzielnym liderem klasyfikacji najskuteczniejszych obcokrajowców w dziejach polskiej ligi.
– Napisała się dzisiaj wspaniała historia. To wielki piłkarz i wielki człowiek. Stał się legendą Ekstraklasy i wierzę, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa – mówił z wyraźnym wzruszeniem Adrian Siemieniec.
Sam Imaz, mimo statusu ikony, zachował skromność.
– Jestem bardzo szczęśliwy. Mój pierwszy mecz w Ekstraklasie był tutaj w Gdyni i mój rekord dzisiaj też tutaj pada. To jest historia. Ale teraz mój cel to mistrzostwo – podkreślał lider Jagiellonii,
Jesus dodał z uśmiechem, że czuje się już trochę jak „dziadek”, ale dopóki nogi niosą, chce dawać radość kibicom w Białymstoku, który nazywa swoim domem.
Zwycięstwo w Gdyni przyszło w momencie, gdy nad Jagiellonią zaczęły gromadzić się czarne chmury po serii meczów bez wygranej. Trener Siemieniec podkreślił, że niedzielne starcie było „momentem dla dużych chłopców”. W szatni przed meczem padły jasne deklaracje – zespół musiał dźwignąć ten ciężar, jeśli chce realnie myśleć o medalu lub mistrzostwie.
– Granie na profesjonalnym poziomie wiąże się z presją. Musisz umieć pod nią grać, jak chcesz coś wygrać. Nikt nie da niczego za darmo – tłumaczył szkoleniowiec.
Wygrana w Gdyni, na pięć kolejek przed końcem sezonu, ustawia Jagiellonię w komfortowej sytuacji przed nadchodzącym „sąsiedzkim” starciem w tabeli. Siemieniec zauważył jednak przytomnie, że „wyścig dopiero się zacznie”, a końcówka ligi może przypominać szaloną multiligę, gdzie tabela zmienia się z minuty na minutę.
Jednym z najbardziej intrygujących momentów konferencji była kwestia nieobecności w składzie Bartłomieja Wdowika. Gdy dziennikarze zapytali, czy brak gry obrońcy wynika z zapisów w umowie wypożyczenia, Adrian Siemieniec zareagował z rzadką u niego szczerością połączoną z dyplomacją.
– Dobre pytanie. Szach mat po ludzku. Nie mogę powiedzieć „nie”, bo bym skłamał, ale nie chcę mówić „tak”, bo musiałbym podać szczegóły – odpowiedział trener, sugerując, że w plotkach o „zapisach blokujących” występy zawodnika jest ziarno prawdy.
Sprawa ma doczekać się oficjalnego komunikatu klubu, jednak ta wypowiedź rzuca nowe światło na personalne roszady w defensywie. Siemieniec bronił swoich decyzji, tłumacząc m.in. postawienie na Yukiego Kobayashiego potrzebą powrotu do taktycznych fundamentów i większą stabilnością w budowaniu akcji.
Zupełnie inne nastroje panowały w obozie Arki. Trener Dariusz Banasik nie krył frustracji, patrząc na statystyki, które rzadko bywają tak okrutne dla przegranego. Arka wykręciła współczynnik goli oczekiwanych (xG) na poziomie 3, podczas gdy Jagiellonia miała zaledwie 1,2. Mimo to, tablica wyników pokazywała 0:3.
– Nie zasłużyliśmy aż na taki wynik. Oddaliśmy 17 strzałów, żałuję sytuacji do pustej bramki. Przegraliśmy przez defensywę – wyliczał Banasik.
Szkoleniowiec Arki przyznał, że Jagiellonia „wypunktowała” jego zespół z chirurgiczną precyzją, wykorzystując fakt, że obrońcy z Gdyni byli zbyt statyczni. Dla Arki to bolesny cios w walce o utrzymanie, zwłaszcza że mimo odważnej gry, błędy indywidualne zniweczyły cały ofensywny wysiłek zespołu.
Zwycięstwo w Gdyni ma być dla Jagiellonii nowym otwarciem. Trener Siemieniec, choć cieszy się z trzech punktów, studzi nastroje, przypominając, że po poprzedniej ważnej wygranej z GKS-em zespół wpadł w dołek. Tym razem kluczem ma być jak mówił Siemieniec: koncentracja, skupienie i dyscyplina.
Już w najbliższy piątek Jagiellonię czeka kolejny „mecz o wszystko”. Tym razem przed własną publicznością. Wygrana w Gdyni dała drużynie tlen i pewność siebie i mentalne przełamanie, ale przede wszystkim przywróciła wiarę kibiców w to, że ten sezon może zakończyć się historycznym sukcesem.
A Imaz stwierdził: Kiedy mamy zero z tyłu, to na pewno wygrywamy mecz.
Jeśli Jagiellonia utrzyma tę dyscyplinę, maj w Białymstoku może być bardzo gorący. Do końca sezonu pozostało pięć finałów, a Duma Podlasia właśnie udowodniła, że potrafi je wygrywać z klasą.

Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze