14 kwietnia białostocka huta szkła Biaglass zakończyła istnienie w Białymstoku. Zakład z blisko stuletnią tradycją stał się sceną wydarzeń, które wielu obserwatorów nazywa powrotem do najgorszych praktyk kapitalizmu lat 90. We wtorek pracownicy, którzy przyszli do biurowca przy ul. Syczewskiego licząc na godne rozstanie z firmą, przeżyli kolejny wstrząs. Obietnice prezesa Leszka Czemiela o wypłatach odpraw i trzymiesięcznych wypowiedzeń legły w gruzach, a w ich miejsce pojawiły się dokumenty, które załoga nazywa „pułapką na ludzi”. Związkowcy usiedli z prezesem do negocjacji i wypracowali rozwiązania. Pułapka na pracowników i złamane obietnice prezesa są jednak faktem. Skandal goni skandal. A w tle są apartamentowce, które niebawem powstaną w miejscu, gdzie był Biaglass
Jeszcze kilka dni temu, 9 kwietnia, podczas głośnej konferencji prasowej z udziałem związkowców z OPZZ i mediów, prezes Leszek Czemiel deklarował pełną współpracę. Konferencja polegała na tym, że dziennikarze gremialnie weszli do gabinetu prezesa wraz ze związkowcami niosącymi mi żądania w związku z wynikami Państwowej Inspekcji Pracy. Prezes - absolwent moskiewskiej uczelni i niesławny likwidator Zakładów Mięsnych PMB Białystok - w świetle kamer zapewniał, że osoby, które nie chcą przeprowadzać się do Pieńska (oddalonego o 700 km) i tam pracować otrzymają wypowiedzenia zmieniające, odprawy i wynagrodzenie za okres wypowiedzenia.
Proszę mnie nagrywać, to jest oczywiste – mówił wówczas szef spółki.
Reklama
Kiedy jednak nadszedł 14 kwietnia prezes oświadczył, że... się pomylił. Nastroje załogi, która pojawiła się o 6 rano z nadziei na rozwiązanie problemów radykalnie się zmieniły. Zamiast obiecanych dokumentów, pracownikom najpierw podsunięto porozumienia, które de facto pozbawiały ich części świadczeń. Gdy wściekli hutnicy przypomnieli prezesowi jego słowa sprzed tygodnia, usłyszeli krótkie:
Po prostu tydzień temu się pomyliłem.
To zdanie stało się symbolem rozgoryczenia załogi, która budowała ten zakład przez dekady.
Sceny pod biurowcem huty były dramatyczne. Ludzie, często z 40-letnim stażem pracy, płakali z bezsilności. Pracodawca forsował rozwiązanie oparte na artykule 23' Kodeksu pracy, który pozwala pracownikowi na odejście z siedmiodniowym uprzedzeniem. W praktyce oznacza to jednak brak wynagrodzenia za pełny okres wypowiedzenia (często trzymiesięczny), co przy likwidacji zakładu w Białymstoku jest dla ludzi ogromną stratą finansową.
Pracownicy, wspierani przez związek zawodowy Solidarność 80 oraz działaczy OPZZ, przygotowali własne oświadczenia. Podkreślają w nich, że ich miejscem pracy – zgodnie z kontrolą Państwowej Inspekcji Pracy – pozostaje Białystok. Prezes jednak nie ustępował próbując wysyłać ludzi do Pieńska, bo tam jest siedziba spółki i tam - jego zdaniem - załatwia się sprawy urzędowe. Ostatecznie pod naciskiem związkowców zapowiedział, że w przyszłym tygodniu pracownicy kadr przyjadą wydać tym pracownikom, którzy nie chcą pracować w Pieńsku świadectwa pracy. Związkowcy obiecują cały czas wsparcie dla pracowników, którzy kompletnie nie wierzą prezesowi. I jeżeli treść dokumentów, które otrzymają pracownicy będzie zgodna z tym co ustalono to znakomita część załogi będzie miała prawo do trzymiesięcznych odpraw, świadectwa pracy i możliwość ubiegania się o zasiłek, bo ich zwolnienie jest z winy pracownika. Tyle, że wiara w słowa prezesa u pracowników Biaglass jest bliska zeru.
Sytuacja w Biaglassie wywołała bezprecedensową reakcję białostockich radnych. Rada Miasta przyjęła stanowisko, w którym wyraża głębokie oburzenie postawą Leszka Czemiela. Radni czują się oszukani, przypominając głosowanie z 2024 roku nad zmianą planu zagospodarowania przestrzennego działki przy ul. Syczewskiego. Prezes prosił wtedy o wpuszczenie tam „mieszkaniówki”, by sprzedać grunt deweloperowi i uzyskać środki na budowę nowej, nowoczesnej huty w Białymstoku (wymieniano lokalizacje przy ul. Andersa lub Elewatorskiej).
Dziś wiadomo, że nowa huta w stolicy Podlasia nie powstanie, a produkcja trafia na Dolny Śląsk.
– Pan prezes wielokrotnie zapewniał, że firma nie zostanie przeniesiona poza miasto. Dziś widzimy, że te słowa były jedynie narzędziem do uzyskania zgody na korzystną sprzedaż gruntu – grzmią radni, wzywając prezesa do dotrzymania publicznych przyrzeczeń.
Podobne stanowisko prezentuje prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski, który też mówi, że czuje się oszukany a ustalenia z władzami spółki były zupełnie inne.
W Biaglassie pracuje ponad 110 osób. To wykwalifikowani hutnicy, dmuchacze szkła i specjaliści, których umiejętności są unikatowe na skalę regionu. Dla większości z nich przeprowadzka o 700 kilometrów pod niemiecką granicę jest niemożliwa ze względów rodzinnych, zdrowotnych czy finansowych.
– Pracownicy to nie jest worek kartofli, który można przewieźć na drugi koniec Polski razem z maszynami. Ludzie to nie są zużywalne elementy przedsiębiorstwa – mówił Andrzej Aleksiejczuk z OPZZ.
Pracownicy czują się „porzuceni” i oszukani. Wielu z nich obawia się, że ze względu na specyficzne kompetencje będą mieli ogromne trudności ze znalezieniem nowej pracy w Białymstoku, a brak należnych odpraw pozbawi ich poduszki finansowej na czas przekwalifikowania. Miasto traci kolejnego płatnika podatków i historyczną markę, działającą nieprzerwanie od 1929 roku.
W kuluarach i na ustach protestujących pracowników coraz częściej pojawia się przypomnienie przeszłości Leszka Czemiela. To właśnie on stał u sterów upadku i likwidacji innej legendy białostockiego przemysłu – Zakładów Mięsnych PMB. Mechanizm wydaje się dla wielu przerażająco podobny: restrukturyzacja, obietnice ratowania miejsc pracy, a ostatecznie likwidacja i sprzedaż atrakcyjnego majątku.
Dla załogi Biaglassu postać prezesa kojarzy się dziś z „mijaniem się z prawdą”. Hutnicy wspominają, że obiecywał on miastu brak likwidacji miejsc pracy, obiecywał dziennikarzom transparentność, a teraz na ich oczach demontuje tradycję, by ustąpić miejsca deweloperskim blokom. Dodatkowo czują, że prezes wciąż próbuje stosować wobec nich podstępne sztuczki, aby pozbawić ich odpraw i móc stosować wobec nich dyscyplinarkę!
Ostatecznie, po wielogodzinnych i nerwowych rozmowach 14 kwietnia, doszło do podpisania porozumienia między prezesem a reprezentacją załogi. Pracownicy zgodzili się na rozwiązanie umów w trybie art. 23.1 z winy pracodawcy, co ma im zagwarantować odprawy zależne od stażu oraz ekwiwalenty za urlop. Dokument ma również otworzyć drogę do zasiłku dla bezrobotnych bez okresu wyczekiwania.
Mimo to, niesmak i poczucie zdrady pozostają. Związkowcy ostrzegają, że jeśli obietnice finansowe nie zostaną zrealizowane w terminie 7 dni, sprawa natychmiast trafi do sądu pracy.
– Lepiej mieć dokumenty świadczące o świadomym skrzywdzeniu pracownika – radził Andrzej Aleksiejczuk.
Tradycja białostockiego szkła gaśnie w atmosferze podejrzeń o podejrzane konszachty z deweloperem oraz brutalnej gry interesów, w której człowiek stał się jedynie „zużywalnym elementem weksla”. A działania władz Biaglassu przypominają zachowanie fabrykantów z wieku XIX, kiedy naprawdę ludzi traktowano jako mniej cennych niż narzędzia i urządzenia.
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze