Ostatnie dni przyniosły wysyp informacji o złej opieki nad zwierzętami. Po aferze w mazowieckim Sobolewie, gdzie ujawniono drastyczne złe warunki dla czworonogów w prywatnym schronisku dla zwierząt, służby ruszyły z kontrolami. W powiecie monieckim ujawniono dramat zwierząt hodowlanych w gospodarstwie. Obraz, jaki zastali monieccy policjanci oraz lekarz weterynarii w jednym z gospodarstw na terenie powiatu monieckiego, jest wstrząsający
W miejscu, które powinno być bezpieczną przystanią dla inwentarza, funkcjonariusze odkryli prawdziwe piekło zwierząt. Ponad 20 sztuk bydła wegetowało w brudnych, ciemnych pomieszczeniach, bez dostępu do wody i paszy. Ta interwencja to kolejny bolesny dowód na to, że problem rażącego zaniedbania zwierząt gospodarskich w naszym regionie wciąż powraca.

Zgłoszenie, które wpłynęło do monieckiej komendy, zapowiadało niepokojącą sytuację, ale rzeczywistość przerosła najgorsze przypuszczenia. Podczas oględzin posesji policjanci odkryli bydło uwiązane na tak krótkich łańcuchach, że zwierzęta nie mieściły się na swoich stanowiskach, stojąc tylnymi kopytami w kanałach z obornikiem. Co gorsza, niektóre krowy miały łańcuchy wrośnięte głęboko w skórę głowy, co świadczy o wielomiesięcznych, a nawet wieloletnich zaniedbaniach.
W drugim budynku, całkowicie pozbawionym dopływu światła, przebywało bydło bez uwięzi, które z powodu niskiego stropu lub barierek było zmuszone do nienaturalnej pozycji z głową nisko przy ziemi. Na środku podwórka funkcjonariusze znaleźli krowę przykrytą folią i starą kurtką – zwierzę było tak wycieńczone, że nie miało siły wstać. Ze względu na agonalny stan i liczne schorzenia, lekarz weterynarii musiał podjąć natychmiastową decyzję o uboju dwóch sztuk, by skrócić ich cierpienie.
Interwencja w powiecie monieckim boleśnie przypomina niedawną, głośną aferę z podwarszawskiego Sobolewa, gdzie również ujawniono skandaliczne warunki przetrzymywania zwierząt.
W schronisku - pod okiem władz: wojewody, inspektora weterynarii i władz gminnych - kilkadziesiąt zwierząt przebywało w warunkach uniemożliwiających przetrwanie: w brudzie, zimnie, bez wody i możliwości przeżycia. Dopiero interwencja celebrytów (w tym piosenkarki Dody) spowodowała zamknięcie schroniska. Rzecz jasna, rządzący kłamliwie przypisali sobie zasługi w tej sprawie przemilczając brak reakcji na wiele sygnałów od zaniepokojonych ludzi. Premier Donald Tusk, minister Marcin Kierwiński ogłosili, że ich interwencje zapewniły ratunek dla zwierząt i zleciły niezapowiedziane kontrole w terenie. Internet zapłonął: hipokryzja polityków spotkała się z potępieniem i drwinami. Internauci przypominali aktywność posłów w sprawie weta prezydenckiego dla ustawy kojcowej przypominając, że za mały kojec u właściciela mógłby spowodować, że zwierzak trafiłby z domowych warunków do patologicznych schronisk jak te w Sobolewie.
Sprawa wstrząsnęła opinią publiczną i wywołała szeroką dyskusję o skuteczności nadzoru weterynaryjnego oraz czujności sąsiedzkiej. Niestety, przypadek spod Moniek pokazuje, że mimo medialnego szumu i zapowiedzi surowych kar, wciąż dochodzi do sytuacji, w których zwierzęta traktowane są jak przedmioty pozbawione czucia.
Wspólnym mianownikiem jest brak empatii właścicieli oraz ukrywanie dramatu za zamkniętymi drzwiami budynków gospodarczych. Służby podkreślają, że tylko dzięki zdecydowanym zgłoszeniom od osób postronnych udaje się przerwać łańcuch cierpienia, który w przeciwnym razie trwałby aż do śmierci głodowej inwentarza.
Jedynym opiekunem zwierząt był 50-letni właściciel gospodarstwa. Mężczyzna został już zatrzymany i usłyszał zarzut znęcania się nad zwierzętami poprzez utrzymywanie ich w niewłaściwych warunkach bytowych oraz rażące zaniedbanie. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, za ten czyn grozi mu kara do 3 lat pozbawienia wolności.
Sprawa znajdzie swój finał w sądzie, a materiał dowodowy zebrany przez policję oraz Powiatowego Inspektora Weterynarii jest niezwykle mocny. Mundurowi apelują do mieszkańców całego regionu: nie bądźmy obojętni. Jeśli widzimy zwierzęta skrajnie chude, trzymane w ciemnościach lub bez dostępu do wody, zgłaszajmy to natychmiast pod numer alarmowy 112. Nasza reakcja może uratować życie istot, które same o pomoc nie poproszą.
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze