Reklama

Adrian Siemieniec czyli ciemna strona pasji 

„Ręce, które dzisiaj klaszczą, jutro będą cię dusić” – oto bardzo brutalne, ale także boleśnie prawdziwe podsumowanie pracy trenera w Polsce. Napisał je Rafał Knap, trener koszykówki, który obecnie pracuje w pierwszoligowym Decka Pelplin. Dlaczego do tego nawiązuję? Skojarzyło mi się z wypowiedzią innego trenera: Adriana Siemieńca. Na konferencji przedmeczowej z Widzewem Łódź szkoleniowiec Jagiellonii nawiązał do hejtu i jadu jaki wylewany jest na niego i jego rodzinę i klub. Widać było wyraźnie, że Siemieńcowi coraz mniej podoba się w Białymstoku. Czy ma rację? Czy to reakcja gościa o wielkim ego, który strzelił focha czy stwierdzenie człowieka, który chroni rodzinę i oczekuje sprawiedliwej oceny od komentujących w sieci? Czy też Siemieniec ma kruchą psychikę czy też zwraca uwagę, na poważny problem? Przeczytajcie co o tym myślę

Tytułem wstępu 

Nie byłem trenerem ani menadżerem piłkarskim więc nie mogę porównywać presji i hejtu jakiemu są poddawani ludzie wykonujący ten zawód. Przez większość dorosłego życia byłem sędzią piłkarskim i dziennikarzem. Nieco krócej byłem szefem polskich sędziów futsalu i lokalnym politykiem. Każda z tych ról sprawiła, że byłem, jestem i pewnie będę celem hejtu. Przywykłem już do ton gówna jakie były, są i będą na mnie wylewane. Część uwag jest słuszna, część zwyczajnie niesprawiedliwa. Moi bliscy cierpieli z tego powodu spotykając się z hejtem, bo są moją rodziną. Nie pękam z tego powodu, choć czasem nie jest lekko. Piszę o tym nie dlatego, żeby się skarżyć albo narzekać na niesprawiedliwość. Piszę, by wykazać, że mam pewne wyobrażenie na temat tego o czym mówi Adrian Siemieniec. Jeżeli nie interesuje Ciebie ten temat - nie czytaj. Jeżeli czujesz się tym rozdrażniony wyraź pogardliwą opinię i... spierdalaj! Jeżeli chcesz zrozumieć zanim ocenisz - poświęć chwilę czasu. 

Trener - samotna wyspa na morzu porażki

31 stycznia na www.polskikosz.pl trener Rafł Knap napisał przejmująco o tym czego doświadcza zawodowy trener. Wprawdzie dotyczy to innej dyscypliny sportu, ale według mojej oceny ma wspólny mianownik również z piłką nożna. Zresztą... jeżeli masz czas przeczytaj to TUTAJ. Knap odsłania kulisy sportu, o których milczą nagłówki gazet. To opowieść o hejcie, samotności w porażce i „najbardziej uśmiechniętej chorobie”, która zbiera tragiczne żniwo wśród tych, których podziwiamy z trybun. Sport w teorii uczy charakteru, walki i wygrywania. Jednak, jak zauważa Knap, nikt nie uczy tego, jak przegrywać – zwłaszcza we własnej głowie. W świecie, gdzie wynik jest bożkiem, a kibic sędzią bez litości, granica między pasją a dnem rozpaczy jest cieńsza, niż mogłoby się wydawać.

Reklama

Wedle słów Knapa trener to samotna wyspa w morzu porażki. Bo w powszechnej świadomości trener to lider, silny człowiek, który zawsze wie, co zrobić. A zdaniem trenera z Pelplina rzeczywistość jest inna: kiedy drużyna wygrywa, chwała spływa na zawodników. Kiedy przegrywa – winny jest zawsze trener. Phil Jackson, legenda NBA, mawiał, że mecze wygrywa zespół, a przegrywa je szkoleniowiec. To zdanie to codzienny ciężar, który trenerzy noszą w sobie. Podczas gdy zawodnicy po meczu często trzymają się razem, wspólnie odreagowując stres, trener z porażką zostaje sam. To on analizuje błędy, on mierzy się z zarządem i to w niego uderza fala niezadowolenia. 

Tyle trener Knap. Czytając jego słowa nie mogę odnieść się do tego co powiedział trener Adrian Siemieniec. Jego całą wypowiedź możecie posłuchać TUTAJ. Mnie zapadła w pamięć fraza o jadzie, toksycznej atmosferze, anonimowych i szeptanych atakach na jego żonę, dzieci. Na konferencji prasowej trochę zdegustowany spytałem Siemieńca o to czy nie przesadza: w końcu kibiców, którzy go popierają są tysiące, dziesiątki tysięcy. A osób lejących hejt w sieci, oceniających tchórzliwie zza nicka dziesiątki, może setka. W odpowiedzi powtórzył to co mówił dodając, że docenia kibiców, ale nadal uważa to co pisze się o Jagiellonii (i o nim oraz o dyrektorze Masłowskim) za niesmaczne. I niesprawiedliwe. 

Reklama

Odporność na truciznę?

Na konferencji nie do końca zrozumiałem o co mu chodzi. Oczy otworzyły mi wyznania trenera Knapa. Zrozumiałem, że o ile ja mogłem się uodpornić na tony hejty i internetowego łajna to nie wszyscy muszą. Uodpornienie na truciznę nienawiści nie zmienia faktu, że to jednak szkodliwa trucizna. I nie mylę tego z krytyką: ta opiera się faktach, dopuszcza możliwość błędu, nastawia się na poprawę. Sport to nie polityka, gdzie już wszystkie chwyty są dozwolone, bo wszyscy walczą o władzę. Trener zaś to nie kandydat na świętego, który ma być wzorem  wszystkich cnót. Trener popełnia błędy i można o nich mówić, ale nie należy go hejtować: krytykujmy błąd, nie człowieka. Argument, że skoro zarabia duże pieniądze to powinien być bardziej odporny na to co o nim piszą i mówią uważam za absurdalny. Płacą mu za wiedzę i pracę, nie za masochizm. A już na pewno nie za to, aby wylewać hejt na jego rodzinę. Ciekaw jestem od jakiej sumy - zdaniem komentujących - zaczyna się granica, od której można kogoś gnoić w internecie? 

Największym trucicielem współczesnego sportu jest anonimowy hejt w sieci. Łatwo jest za anonimowym nickiem napisać słowa odczłowieczające, podważające lata nauki, pracy i doświadczeń. Nie zostawiają one szansy na polemikę, odpowiedź, wyjaśnienie. I Siemieniec o tym właśnie mówił.

Reklama

Sandrian, dane i rodzina 

Po rundzie jesiennej, kiedy krytykowano słabszą postawę Jagi i wyliczano serię meczów bez wygranej, Siemieniec pokazał całą tabelkę danych drużyny prezentując je dziennikarzom. Nie wzbudziły wielkiego zainteresowania, ale też nikt ich nie podważył. Hejterzy też im nie zaprzeczyli, ale już po pierwszej porażce sparingowej po przerwie zimowej zaczęli znowu pisać to samo.: "jest źle", "koniec Jagiellonii", "trener - bufon", "Sandrian". To ostatnie to połączenie imienia trenera Adriana i jego żony Sandry sugerujące, że Siemieniec to pantoflarz. Może jest nim, nie wiem. Tyle, że to nie ma nic do rzeczy. W Jagiellonii z pewnością to Adrian, a nie Sandra, podejmuje decyzje, pracuje z zawodnikami, wybiera skład, dokonuje zmian. A skoro trener zostaje sam z porażką to źródłem jego mocy jest rodzina, z którą rozmawia. I ona daje mu wiarę, siłę i odbudowuje psychikę. A jeżeli rodzina dodatkowo płaci cenę za toksyczność otoczenia przez hejt w jej kierunku, to nic dziwnego, że Siemieniec ma prawo czuć się źle. I czuje, że jest niesprawiedliwie traktowany. O tym, że tak jest niech świadczy, że przed chwilą dostał nagrodę dla najlepszego trenera roku 2025 w Polsce. Tymczasem w sieci jest grupka gości, którzy walą w niego jak bęben. Dlaczego? Bo im się skład, transfery, zmiany, wypowiedzi (niepotrzebne skreślić) nie podobają. I gdyby tylko pisali: "nam się to nie podoba" byłoby jeszcze do strawienia. 

Dziś nie można mylić chęci rozwoju i robienia postępu z brakiem pokory. Trzeba też umieć odróżnić ambicję od arogancji. Powinniśmy doceniać miejsce, w którym jesteśmy, patrzeć na to trzeźwo, a jednocześnie jasno mówić: chcemy iść do przodu, chcemy się rozwijać. Jedno drugiego nie wyklucza. Mam jednak wrażenie, że atmosfera wokół drużyny stała się bardzo negatywna — to po prostu czuć. I to mnie niepokoi, bo daje poczucie, że to nie jest dobry kierunek. Odnoszę wrażenie, że część kibiców albo odkochała się w drużynie i klubie, albo nie wspiera ich tak, jak powinna. Widać to choćby przy rozmowach o transferach. Skala nieuzasadnionej krytyki i jadu, który się wylewa, jest dla mnie po prostu bardzo niesmaczna - to słowa Siemieńca.

Reklama

Wygrana nie zamyka ust

Przed startem (już po powrocie z Turcji) na władze klubu spadło wiele krytyki, bo na zgrupowaniu nie pojawiły się wzmocnienia i nie zakupiono nikogo za duże pieniądze. Nastrój był lekko histeryczny. Też mówiłem, że jestem zaniepokojony, a klub idzie na pewien hazard. Poszedł i wygrał. Jagiellonia w sobotę - na starcie wiosny - zagrała przeciw drużynie, która w jednym okienku transferowym wydała na zawodników więcej niż żółto-czerwoni przez dwadzieścia lat. I wygrała! A przecież zdaniem hejterów, którzy odżegnywali od czci i wiary dyrektora Łukasza Masłowskiego (odpowiada za transfery) i właśnie Siemieńca to Jaga powinna oddać ten mecz walkowerem, bo jest bez szans.

Zresztą... co pół roku, kiedy klub opuszczają zawodnicy (jedni dlatego, że są zbyt dobrze i ktoś płaci za nich miliony euro, inni bo nie sprawdzili się) czytam o tym, że to już koniec sukcesów,  a Siemieniec i Masłowski zrobili sukces czystym przypadkiem. A teraz to będzie już płacz i zgrzytanie zębów. Z jednej strony gracze sprzedani za grube pieniądze to dowód, że Jaga się osłabia i "olaboga co to będzie!". Z drugiej, którzy się nie sprawdzili to z kolei dowód, że Masłowski i Siemieniec to partacze, amatorzy i to wszystko to dzieło przypadku i kasę na odchodzących wyrzucono w błoto. To, że jest gwałt to logice pisać nie będę, bo to aksjomat. Po czym następuje kolejny rozdział a Jaga wygrywa. Wtedy z kolei podnoszą się głosy: za nisko wygrywa, za słabo grała, przypadek... 

Reklama

No dobra. Załóżmy, że część piszących tworzy te posty (wpisy, tweety), bo jest realnie zatroskana o dobro klubu i jedynie ostrzega. Rzecz w tym, że uprawiając pełnowymiarowe czarnowidztwo zniechęca twórców sukcesu Jagi do dalszej pracy. I sprawia, że chcą odejść gdzieś, gdzie dobre owoce ich pracy spotkają się z dobrymi recenzjami. Tylko tyle i aż tyle. 

Wspominany już trener Rafał Knap przytacza historię trenerów Marka Popiołka i Wojciecha Kamińskiego.

W jednym tygodniu kibice skandują twoje nazwisko, w następnym – po jednej porażce – stajesz się „gównem”, człowiekiem, który „powinien się wyhuśtać”. To nie są tylko słowa. To ciosy, które trafiają w samoocenę nawet najsilniejszych ludzi. Hejt nie uderza tylko w trenera, ale w jego całą rodzinę. Żona czy córka czytająca w social mediach, że jej ojciec jest nic nie wart, to cena, jakiej nikt nie powinien płacić za wykonywanie zawodu. Hejt powoduje, że człowiek zaczyna wierzyć w kłamstwa na swój temat.

Reklama

„Zastanawiałem się, czy ci ludzie nie mają jednak racji?” – to pytanie, które pojawia się w głowie trenera, gdy fala nienawiści zalewa jego codzienność.

Śmierć, która się uśmiecha

Niedawno pisaliśmy o historii Romana Janika, młodego, pracowitego i zawsze pozytywnego zawodnika Żubrów. Knap pisze tak: 

Na co dzień Roman Janik był bardzo pozytywnym i pracowitym chłopakiem. Dlatego gdyby ktoś dał mi dziesięć losowych nazwisk z naszego otoczenia i miałbym wskazać, kto może się z czymś takim zmagać, Roman na pewno nie byłby moim wyborem i nigdy bym nie pomyślał, że wydarzy się coś takiego. Nie bez powodu mówi się o depresji, że to najbardziej uśmiechnięta choroba. Patrząc na niego, nikt by nie powiedział, że jest mu ciężko do tego stopnia, że odbierze sobie życie.

Reklama

Janik nie dał rady depresji. A ta "uśmiechnięta choroba" zaczyna się od nadmiernej presji, hejtu, niszczenia pozytywnej samooceny, która jest odtrutką na porażki. Wiem o czym piszę, od lat z nią walczę. Mam nadzieję, że ani Adrian Siemieniec ani nikt z jego bliskich ani żaden pracownik Jagiellonii nie mierzy się z tym problemem. Nie dziwię się jednak, że pytany o to czy pozostanie dłużej w Jagiellonii odpowiada zdawkowo. Jeżeli nie jest masochistą to ma prawo nie chcieć, aby on sam i jego bliscy byli narażeni na to, co może ją wywołać. A kto słuchał wywiadu z Siemieńcem u Tomasza Dźwigały ten wie, że on i jego rodzina nie mieli łatwego życia i często szli pod górę. Z innych źródeł wiem, że na początku pracy w Jagiellonii (jeszcze jako trener rezerw i asystent) spotykała go szydera i drwina. Czy ma prawo to pamiętać? Czuć się przewrażliwiony gdy teraz nie docenia się jego pracy? 

Przypominam miał mission impossible: znalazł się w roli pierwszego trenera, gdy Jaga broniła się przed spadkiem i miała dziurę w budżecie. Dziś żółto-czerwoni mają tytuł mistrza Polski, sukcesy w europejskich pucharach, opinię kuźni talentów i niezłą sytuację finansową. Siemieniec oraz Masłowski mają tym ogromny udział.

Reklama

Dlaczego o tym piszę? Bo depresja w sporcie to „uśmiechnięta choroba”, która objawia się gdy kryzys mija. Pod maską profesjonalizmu, uśmiechu na treningu i ciężkiej pracy, może kryć się mrok, którego nikt z zewnątrz nie dostrzega. Nie wiem czy tak jest tutaj. Wiem, że toksyczność, jad, bezsensowny hejt to świetna pożywka na start. 

Zawodowy sport to nie bajka 

Presji z jaką mierzą się sportowcy jest dużo. Każdy z nas - kibiców - w swoim życiu ma oczywiście własne problemy, z którymi musi sobie dać radę. Prawda! Ale przypominam, że w Jagiellonii każde - nawet czasem banalne zdarzenie - jest obserwowane, komentowane, oceniane. "Odlajkowanie" profilu klubu, językowy lapsus czy nerwowa odpowiedź budzi podejrzenia, wywołuje spiskowe teorie i setki, tysiące komentarzy, wpisów i... hejtu. I pal licho jeśli jest to dzieło "towarzystwa sportowego Pudelka".

Reklama

Pomyłki przeciętnego Kowalskiego niezmiernie rzadko wywołują masowe dyskusje w sieci, które - tak czy inaczej - trafiają w nas i naszych bliskich. W świecie zawodowego sportu jest inaczej. Dlatego wracam do trenera Knapa, który otwarcie mówi o tych problemach. W 2013 roku pod znajdując się pod presją krytyki postawił wszystko na jedną kartę: „jeśli przegram następny mecz, popełnię samobójstwo”. Mecz udało się wygrać, ale problem nie zniknął. Myśli o odebraniu sobie życia, uzależnienia od hazardu, alkoholu czy narkotyków to częste ucieczki od presji, której nie da się udźwignąć.

Sportowcy i trenerzy często wstydzą się swoich słabości, bojąc się, że zostaną uznani za „mięczaków”. W rzeczywistości to właśnie to milczenie jest najbardziej niebezpieczne. Nie znacie przypadków ludzi sportu, którzy tego nie udźwignęli? Sieć jest pełna takich historii: od zera do bohatera i z powrotem. Nie chce mi się wymieniać nazwisk, ale nawet lokalnie mamy dawnych sportowych bohaterów, którzy teraz dożywają swoich dni z alkoholem lub narkotykami. Nie wszyscy znaleźli się tam, bo byli słabi. Niektórzy mieli za bardzo pod górę i przerosło ich to. 

Reklama

Gdzie jest granica?

Czy życie i zdrowie psychiczne są warte jednego przegranego meczu? Racjonalnie – absolutnie nie. Ale w ferworze walki, pod ostrzałem hejtu i z ogromnymi ambicjami, racjonalizm znika. Dlatego ważne jest posiadanie kogoś, z kim można porozmawiać. Kontakt z rodziną, innymi trenerami, a przede wszystkim ze specjalistą, to jedyna droga wyjścia z mroku. I dlatego ważne jest też, aby zachować umiar i być odpowiedzialnym za słowa. A jeżeli krytykować to działanie, akcję, błąd - nie człowieka. Nic dziwnego, że w takim świecie o rodzinę dbać trzeba bardziej niż zwykle! 

Bądźmy ludźmi - zwłaszcza kiedy kryjemy się za nickiem w sieci. Za każdym wynikiem, za każdym nietrafionym rzutem, strzałem, stratą piłki czy błędną decyzją taktyczną stoi człowiek, który ma dom, rodzinę. Ma też swoje demony. Zanim napiszesz zjadliwy komentarz z anonimowego konta, zastanów się, czy chciałbyś, aby ktoś tak pisał o twoim ojcu, bracie czy dziecku. Konstruktywna krytyka buduje, hejt – zabija.

Przemysław Sarosiek 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 02/02/2026 15:08
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo ddb24.pl




Reklama