"Weszliśmy w ten mecz ze złą energią" powiedział na pomeczowej konferencji Rafał Szpakowski komentując porażkę swojej ekipy w pierwszoligowym meczu z WKK Active Hotel Wrocław 80:90 (13:18, 19:21, 22:27, 26:24). I faktycznie - od czasów, kiedy zespół przejął trener Kamil Piechucki, to tak nierówno grających Żubrów nie wiedzieliśmy. Białostoczanie zaczęli źle ten mecz i grali tak niemal przez cały czas. Do rozegrania zostało im jeszcze 12 spotkań i - jeżeli nie nastąpi jakiś wstrząs - to po nich pożegnają pierwszą ligę. I wielu graczy z tej ekipy nie dostanie już szansy od innych klubów na angaż na tym poziomie. Bo z taką postawą raczej nie mieliby tam czego szukać.
Przed meczem kibice uczcili pamięć Romana Janika minutą ciszy. Na wszystkich siedzeniach leżała kartka z numerem "10", z którym grał tragicznie zmarły koszykarz i wszyscy obecni podnieśli w ciszy ten numer w górę.
Środowe spotkanie miało być jednym z cyklu "o życie". Tyle, że oglądając je naprawdę trudno było odnieść wrażenie, że Żubry grają o być albo nie być. Dość powiedzieć, że w tym meczu ani razu nie prowadzili i od samego początku pozwolili rywalom na uzyskanie przewagi. A wrocławianie konsekwentnie tą przewagę powiększali i pilnowali, by jej nie roztrwonić. Pierwszy rzut - za 3 punkty - trafił w tym meczu Michał Kroczek, który dał prowadzenie swojej ekipie. Chwilę potem powtórzył swój wyczyn trafieniem zza linii 6,75 metra dając prowadzenie 6:2. Dwa osobiste Cezarego Karpika zmniejszyły dystans do 2 punktów, ale potem niestety goście odjechali. W szeregach białostoczan mnożyły się niecelne podania i głupie straty. Na dodatek człapiący po boisku Bradley Waldow wykorzystywał swoje centymetry zbierając piłkę pod koszami (w sumie 8 zbiórek). Białostoczanie grali wolno i na dodatek kompletnie nie siedział im rzut z dystansu. Dość powiedzieć, że w całym meczu zza linii 6,75 trafili raptem 4 razy. Niestety celność z bliższej odległości też im w środę szwankowała (w sumie 38,7 procent skuteczności rzutów z gry przy 44,6% gości). Mimo to pierwsza połowa, gdzie obie ekipy mocno pracowały w defensywie zakończyła się wynikiem 13:18.
Niestety początek drugiej kwarty to 5 punktów wrocławian (trójka Galewskiego i dobitka Waldowa) sprawiła, że WKK uzyskał 10 punktów przewagi. Białostoczanie rzucali, ale pudłowali Bartosz Proczek, Karol Kutta, Cezary Karpik. Białostoczanom w ogóle "nie siedział" rzut: piłka toczyła się po obręczy, odskakiwała od kosza, gdy już miała do niego wpaść, co mocno deprymowało ekipę. Za to goście trafiali i po 3 minutach drugiej kwarty wygrywali 31:17. Czternastopunktowa przewaga przy strzeleckiej niemoc (z osobistych nie pudłował Samajae Haynes-Jones) sprawiała, że nawet przy przestojach WKK białostoczanom nie udawało się zbliżyć do rywali na mniej niż 10 oczek. I nawet zrywy Karpika, który przechwytywał piłkę, szybko kontrował i trafiał spod kosza niewiele pomagały. W samej końcówce I połowy białostoczanie zaliczyli "run" i po trafionym rzucie osobistym Mateusza Itricha zmniejszyli stratę do 7 oczek (32:39).
Na drugą połowę widzowie spodziewali się zobaczyć odmienione Żubry. Niestety odmiana w szatni nie wyszła. Niemoc z początku meczu dalej prześladowała Żubry.
- Graliśmy za wolno. Nie wszyscy zawodnicy zasługują aby tu być, ale okienko się zamknęło i nic nie da się już zmienić - mówił po meczu zirytowany trener Piechucki.
Pudłował skuteczny zazwyczaj Myles Douglas i po dwóch minutach trzeciej kwarty WKK prowadził 45:32. A na boisku obie drużyny popełniały mnóstwo przewinień, sędziowie odgwizdywali błędy kozłowania i ogólnie błąd gonił błąd. Mniej popełniali ich przyjezdni, którzy w 26 minucie wygrywali 55:42 po trafieniu Galewskiego. A białostoczanie? No cóż - symboliczna była akcja, gdzie trzy minuty przed końcem Rafał Szpakowski najpierw bardzo ambitnie przechwycił piłkę od rywala i popędził samotnie na kosz, aby... spudłować w sytuacji, gdy bez przeszkody rywali oddawał do niego rzut lay-upem. Chwilę potem nerwy puściły Karpikowi, który najpierw popełnił błąd kozłowania, a potem widząc biegnącego samotnie na kosz Chalickiego wpadł na niego z impetem. Sędziowie odgwizdali faul niesportowy, a potem pod koszem Żubrów wybuchła awantura między zawodnikami. Sędziowie (też nie mieli w środę najlepszego dnia i momentami podejmowali absurdalne decyzje) rozdzielili graczy i obie ekipy dostały po faulu technicznym. Końcówka kwarty dała gościom najwyższą przewagę (17 punktów - 62:45). Na szczęście zaraz potem najpierw Itrich pod koszem celnie trafił, a potem trójką popisał się Douglas. 35 sekund przed końcem kwarty tym razem Kutta odebrał piłkę rywalowi i popędził samotnie na kosz, aby... spudłować i przy okazji popełnić przewinienie. W efekcie na ostatnie 10 minut Żubry wychodziły przegrywając 54:66.
W ostatniej kwarcie cudu nie było: wrocławianie grali czujnie i uważnie. I choć białostoczanie zaliczyli run (8:17 przed końcem tracili 8 punktów - 60:68) to nadrabianie strat im nie wychodziło. Pięć i pół minuty przed końcową syreną po trafieniu Douglasa zniwelowali stratę do 6 punktów (68:74), ale Patoka odpowiedział trójką, poprawił Koelner rzutem z wyskoku i znowu było 79:68. W końcówce celownik wreszcie poprawił Douglas (trafił za 3 i zaliczył 2 celne osobiste) i na 3:49 do końca Żubry traciły tylko 6 punktów. Przy sześciopunktowej stracie trener Piechucki wziął czas, a akcję zakończył rzutem Proczek zza linii 6,75 m. Niestety spudłował. Nie pomylił się za to Patoka, a potem po kolejnym pudle z dystansu (tym razem Krystiana Tyszki) Waldow trafił spod kosza i przewaga wzrosła 10 punktów. Minutę przed końca trafił za 3 Douglas (78:85), ale to goście kontrolowali sytuację i nie pozwolili sobie odebrać wygranej.
Białostoczanie przegrali bardzo ważny mecz. W najbliższej kolejce pauzują, a potem podejmują PGE Spójnię Stargard i tu o punkty będzie już bardzo ciężko. Potem czeka ich wyjazd do Kołobrzegu na mecz z broniącą się przed spadkiem Kotwicą (21 lutego), aby 6 dni później podjąć u siebie ŁKS Łódź z Maciejem Lampe w składzie. Ten koszykarz to wprawdzie już emeryt z przeszłością w NBA, ale jeżeli człapiący po boisku Waldow był dla Żubrów trudny do powstrzymania to trudno tu o optymizm.
Żubry czeka zatem bardzo pracowity luty i teoretycznie są w stanie w trzech meczach znacznie zwiększyć swoje szanse na utrzymanie i poprawę miejsca w tabeli. Tyle, że grając tak jak przeciw wrocławianom będzie to tak trudne, że wręcz niemożliwie. Zawodnicy i Kamil Piechucki mają teraz kilka dni, aby odnaleźć sposób na pozbycie się "złej energii", o której mówił Szpakowski.
Żubry Abakus Okna Białystok - WKK Active Hotel Wrocław 80:90 (13:18, 19:21, 22:27, 26:24)
Sędziowali: Damian Kuziora, Adrian Szczotka, Dominik Hałka.
Żubry: Samajae Haynes-Jones 10, Cezary Karpik 10, Krystian Tyszka 11, Witalij Kowalenko 0, Karol Kutta 6, Łukasz Klawa 4, Mateusz Itrich 7, Rafał Szpakowski, Bartosz Proczek 4.
WKK: Bradley Waldow 20, Tomasz Ochońko 2, Michał Kroczek 11, Maksymilian Zagórski 10, Jakub Patoka 11, Jakub Galewski 21, Bruno Chalicki 2, Jakub Koelner 12, Karol Prochorowicz 1, Fryderyk Matusiak 0.

Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze