Jagiellonia w czwartek o 18.45 zagra mecz rewanżowy Ligi Konferencji. We Florencji na przedmeczowej konferencji popłynęły głosy pełne spokoju, ale i niezłomnej wiary. Choć wynik 0:3 z pierwszego meczu w Białymstoku dla wielu brzmi jak wyrok, w obozie Jagiellonii nikt nie zamierza wywieszać białej flagi. Trener Adrian Siemieniec, podczas oficjalnej konferencji prasowej na Stadio Artemio Franchi, zaprezentował postawę, która w ostatnich latach stała się znakiem rozpoznawczym „Dumy Podlasia”: pokorę wobec historii, ale absolutny brak kompleksów wobec wielkich marek. W sercu Toskanii, w miejscu przesiąkniętym wielkim futbolem, białostocki szkoleniowiec wysłał jasny komunikat – Jaga przyjechała tu walczyć o swoje marzenia, niezależnie od tego, jak arcytrudne zadanie przed nią stoi.
Adrian Siemieniec rozpoczął swoje wystąpienie od odniesienia się do magii miejsca, w którym znalazła się Jagiellonia. Dla postronnego widza Stadio Artemio Franchi może nie być architektonicznym cudem nowoczesności, ale dla ludzi piłki to świątynia. Trener „Jagi” podkreślił, że sama obecność w takim miejscu jest nagrodą za drogę, którą klub przebył w ciągu ostatnich trzech lat. To perspektywa, o której często zapominamy w pogoni za bieżącymi wynikami.
– Można używać argumentów historycznych, że piłka nożna widziała takie momenty, piłkarze też przeżywali takie chwile, gdy odwracali przegrane mecze. Tak by było najprościej. Ale dla mnie absurdalne jest stawiać tezę, że ktoś, kto ma szacunek do drogi, którą przebyliśmy, by zagrać tutaj we Florencji, nie docenia tego momentu. Ta droga zaczęła się ponad trzy lata temu, gdy walczyliśmy o zupełnie inne cele. Dziś wychodzimy na stadion, który może nie robi wrażenia jako budowla, ale niesie za sobą taką historię, że czujesz, iż jesteś w dużym miejscu. Każdy z nas zdaje sobie sprawę z wagi tego momentu, nie patrząc na rozstrzygnięcie pierwszego meczu - powiedział Siemieniec.
Reklama
Wielu trenerów w obliczu porażki 0:3 szukałoby taniej motywacji. Siemieniec idzie jednak inną drogą – drogą budowania trwałej mentalności. Dla niego czwartkowy mecz to nie tylko próba odrobienia strat, ale kolejny egzamin z charakteru drużyny, która ma zawsze, bez względu na okoliczności, dążyć do zwycięstwa. To właśnie ta konsekwencja sprawiła, że Jagiellonia z ligowego średniaka stała się mistrzem Polski i solidnym pucharowiczem.
– Motywacja to tylko krótki bodziec. Kluczowe jest budowanie odpowiedniej mentalności, która powoduje, że zespół zawsze chce wygrać. Niezależnie od miejsca, scenariusza czy tego, co nam to da w tabeli. Moja drużyna jest konsekwentna, o czym świadczą wyniki na przestrzeni ostatnich lat. Dla mnie jest oczywiste, że każdy mój piłkarz chce jutro nie tylko wygrać, ale zrobić wszystko, by przejść dalej. Zadanie po pierwszym meczu jest arcytrudne, ale my musimy dążyć do tego, by dać sobie nadzieję. Jeśli wprowadzimy przeciwnika w stan nerwowości, wszystko się może wydarzyć. Byliśmy w takich sytuacjach w drugą stronę, wygrywając wysoko pierwsze mecze, i wiemy, jak ważne jest, by nie pozwolić rywalowi uwierzyć w sukces. My tę wiarę w sobie mamy - tłumaczył trener żółto-czerwonych.
Reklama
Trener Siemieniec dokonał również bardzo ciekawej analizy porównawczej. Cofnął się do meczów z Ajaxem Amsterdam, które były dla Jagiellonii brutalnym zderzeniem z wielkim światem. Dziś, po rozegraniu ponad dwudziestu spotkań w europejskich pucharach, w tym bojach z takimi markami jak Real Betis czy Benfica, białostoczanie czują się na salonach znacznie pewniej. Mimo porażki w pierwszym meczu z Fiorentiną, odczucia w sztabie są zupełnie inne niż po starciu z Holendrami.
– Po meczu z Ajaxem miałem przeświadczenie, że to poziom dla nas nieosiągalny. Dziś nie mam wrażenia, że przyjeżdżamy tu bez wiary. Przyjeżdżamy dobrze zdiagnozowani – zauważył szkoleniowiec.
Reklama
Siemieniec z dużą klasą wypowiadał się o rywalu, doceniając warsztat trenera Fiorentiny.
– Byłem pod ogromnym wrażeniem ich dojrzałości i wyrafinowania. Fiorentina świetnie broni jako zespół, kontroluje przestrzeń w powietrzu i w polu karnym. To wynik pracy trenera, który uczył się u boku najlepszych na świecie. Ich styl, choć inny od mojego, jest godny podziwu i inspirujący. Mimo że w Białymstoku statystyki ofensywne były po naszej stronie, to rywale kontrolowali ten mecz. To dla mnie cenna lekcja, którą chcemy jutro przekuć w coś pozytywnego - stwierdził Siemieniec.
Reklama
Podczas konferencji nie zabrakło wątków osobistych. Włoscy dziennikarze, dopytywali 33-letniego szkoleniowca o jego przyszłość i ewentualną pracę w ligach TOP5, w tym w Serie A. Siemieniec, który często musi mierzyć się z argumentem braku doświadczenia, odpowiedział z ogromną pewnością siebie, definiując swoją filozofię sukcesu jako odwagę do wychodzenia ze strefy komfortu.
– Często ocenia się mnie przez pryzmat wieku, a ja jestem trenerem od 14 lat. Mam swoje marzenia, a Serie A to bez wątpienia liga, w której chciałbym kiedyś pracować. Nie mam kompleksów. Przejmowałem Jagiellonię, gdy broniła się przed spadkiem, byłem wtedy jeszcze młodszy i pracowałem tylko w rezerwach. Można było pytać, czy jestem gotowy na walkę o utrzymanie, potem o mistrzostwo, o łączenie pucharów z ligą. Dla mnie gotowość to pójście naprzód pomimo wątpliwości. To wejście w niekomfortową sferę z wiarą, że jesteś w stanie to zrobić. Dziś czuję się lepszym trenerem niż dwa lata temu, gdy zdobywałem mistrzostwo, i jedyne, co mogę robić, to udowadniać swoją wartością na boisku – przyznał szczerze Adrian Siemieniec.
Reklama
Na koniec konferencji trener odniósł się do warunków, jakie zastała Jagiellonia we Włoszech. Po mroźnym i śnieżnym Białymstoku, Florencja przywitała Mistrzów Polski słońcem i idealnie przygotowaną murawą. Choć trudne warunki pogodowe w pierwszym meczu teoretycznie mogły sprzyjać gospodarzom, Siemieniec podkreślił, że Jagiellonia chce wygrywać poprzez jakość piłkarską, a nie „sposobem”.
– Jak dzisiaj zobaczyliśmy słońce i tę murawę, byliśmy szczęśliwi. Nie chcemy wygrywać przez przypadek czy pogodę. Chcemy, by wygrała piłka nożna – podsumował trener.
Reklama
Wszyscy kibice w Białymstoku na to czekali – do składu Jagiellonii na najważniejszy mecz sezonu wraca jej serce i płuca, Taras Romanczuk. Kapitan, którego brak był aż nadto widoczny w pierwszym starciu na Chorten Arenie na oficjalnej konferencji prasowej na Stadio Artemio Franchi. W jego wypowiedziach nie było czuć rezygnacji, lecz chłodną analizę i ogromny szacunek do historii miejsca, w którym przyjdzie mu jutro wyprowadzić drużynę. Romanczuk doskonale wie, że 0:3 to wynik niemal niemożliwy do odrobienia, ale jako lider podkreśla: Jagiellonia we Włoszech ma swoje cele i nie zamierza pękać przed gwiazdami Serie A.
Taras Romanczuk z dużą uwagą analizował styl gry rywali, wskazując na to, co w polskiej lidze często nam umyka – niesamowitą dyscyplinę i prostotę w defensywie. Kapitan Jagi nie krył podziwu dla tego, jak gracze La Violi potrafią poświęcić się dla dobra zespołu.
– Rzeczywiście widać włoską szkołę bronienia. Oni się poświęcają, rzucają do każdej piłki. Zauważyłem też, że zbyt wiele nie kombinują. Szczególnie w pierwszej połowie w Białymstoku ich obrońcy grali bardzo prostą piłkę. Gdy trzeba było wybić w trybuny, to po prostu to robili – relacjonował Romanczuk.
Kapitan zwrócił też uwagę na liderów przeciwnika, szczególnie chwaląc Mandragorę za dowodzenie zespołem oraz napastnika Piccolego, który swoimi warunkami fizycznymi mocno dał się we znaki naszym stoperom.
Według Tarasa, kluczem do jutrzejszego sukcesu – nawet jeśli miałoby to być tylko honorowe zwycięstwo – jest poprawa skuteczności.
– Przede wszystkim trzeba strzelić bramkę. Mieliśmy sytuacje, dwa słupki... Skuteczność nam ostatnio nie pomaga, ale pracujemy nad tym. Fiorentina pokazała klasę, nie potrzebując wielu szans – wystarczyły im stałe fragmenty gry, z których strzelili nam trzy gole – podsumował trzeźwo kapitan.
Rewanż we Florencji to dla wielu piłkarzy Jagiellonii najbardziej prestiżowy moment w dotychczasowej karierze. Romanczuk przyznał, że przed losowaniem aż 80 procent zespołu marzyło właśnie o trafieniu na Fiorentinę. Dlaczego? Bo każdy ambitny piłkarz chce się mierzyć z najlepszymi na ich własnym terenie. Kapitan upatruje w tym meczu szansy nie tylko na korzystny wynik, ale i na promocję młodych talentów z Podlasia.
– Dla nas to ogromne doświadczenie, ale też szansa dla młodych, jak Bartek Mazurek. On dopiero wchodzi do drużyny, a już zaczyna grać ważną rolę. To dla niego okazja, by pójść w ślady Oskara Pietuszewskiego, który trafił do Porto – mówił Romanczuk.
Co ciekawe, Taras uważa, że brak presji, która towarzyszyła pierwszemu meczu, może zadziałać na korzyść Jagiellonii.
– Teraz powinno być nam łatwiej. Nie wydaje mi się, byśmy w Białymstoku czuli paraliżujący strach, ale wynik 0:2 po genialnym strzale Mandragory nas podciął. Jutro chcemy po prostu wrócić do naszej gry.
Reklama
Kapitan odniósł się również do historycznych analogii, wspominając słynny bój Lecha Poznań z Fiorentiną. Choć wtedy „Kolejorz” był blisko sensacji, ostatecznie zadecydowała klasa Włochów. Romanczuk i spółka zrobią wszystko, by napisać własną, jeszcze piękniejszą historię, licząc na to, że tym razem piłka po strzałach białostoczan zamiast w słupek, wpadnie do siatki.
To podejście idealnie współgra z nastrojami kibiców, którzy licznie przybyli do Toskanii. Fani z Białegostoku, którzy już opanowali ulice Florencji, jutro stworzą na trybunach atmosferę godną europejskich salonów. Nawet jeśli awans graniczy z cudem, Duma Podlasia chce zostawić po sobie wrażenie drużyny, która gra z pasją, odwagą i nie boi się marzyć o rzeczach wielkich.
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze