To nie był zwykły wieczór na Suzuki Arenie w Kielcach. Piątkowe starcie Korony z Jagiellonią Białystok, choć zakończone podziałem punktów (1:1), zostało mocno zdominowane przez tragiczną informację, która rano obiegła Polskę. Śmierć Jacka Magiery sprawiła, że sportowe emocje, choć momentami bardzo gorące, zeszły na dalszy plan. W pomeczowych wypowiedziach trenerów i zawodników dominował smutek, poczucie niesprawiedliwości oraz analiza trudnego momentu, w jakim znalazła się ekipa mistrza Polski.
Konferencja prasowa po meczu rozpoczęła się od słów, które u wielu wywołały wzruszenie. Adrian Siemieniec, wyraźnie poruszony, nie ukrywał, że zmarły Jacek Magiera był mu osobiście bardzo bliski. Dla młodego szkoleniowca Jagiellonii, prowadzenie drużyny w takim dniu było ogromnym wyzwaniem emocjonalnym.
– Poczucie dużej niesprawiedliwości i żadne słowa nie oddadzą tego, jak się wszyscy czujemy, a tym bardziej najbliżsi trenera Magiery. Żegnaj Jacku, spoczywaj w pokoju – mówił łamiącym się głosem Siemieniec.
Również Jacek Zieliński, trener Korony, podkreślał, że futbol w obliczu takiej tragedii traci na znaczeniu.
– Straciliśmy dobrego człowieka i dobrego trenera. Przykra sprawa, jestem głęboko poruszony – przyznał doświadczony szkoleniowiec gospodarzy.
Minuta ciszy przed pierwszym gwizdkiem była najbardziej wymownym momentem tego wieczoru.
Przechodząc do aspektów czysto sportowych, obie strony czuły spory niedosyt. Jagiellonia, która wygrała tylko jeden z ostatnich dziewięciu meczów, desperacko szukała przełamania. Punkt wywieziony z Kielc, choć cenny w kontekście walki o czołowe lokaty, nie uciszy dyskusji o gorszej formie podlaskiego zespołu.
Adrian Siemieniec analizował mecz jako starcie o ogromnej intensywności, gdzie „każda piłka była na żyletki”. Zauważył, że Korona postawiła bardzo twarde warunki, zmuszając Jagę do walki fizycznej, której mistrzowie Polski nie zawsze są fanami.
– Tu jest zawsze bardzo trudno. Dużo pojedynków, intensywności, determinacji trzeba było pokazać, by wywieźć chociaż punkt. Mecz miał różne fazy. Zabrakło wykorzystania sytuacji, decyzji o strzale, czasami tego „przepchania”, gdy mecz niezbyt się układa – oceniał Siemieniec.
Trener dodał również, że gdyby nie ostatnia seria gorszych wyników, punkt w Kielcach byłby szanowany znacznie bardziej.
Ciekawym wątkiem konferencji były eksperymenty taktyczne Adriana Siemieńca. Kibiców zaskoczył brak Bartłomieja Wdowika w wyjściowym składzie oraz nietypowa pozycja Dawida Drachala, który zagrał na lewym skrzydle. Okazuje się, że inspiracją dla tego ruchu był... były selekcjoner reprezentacji Polski.
– Jeżeli chodzi o Dawida, zainspirował mnie trener Brzęczek. Popróbowałem go na lewej stronie w tygodniu, nieźle się prezentował i tam dzisiaj zagrał. Zobaczymy, czy będzie alternatywą na skrzydło, czy na „ósemkę” – tłumaczył Siemieniec.
To jednak nie koniec nowości. Jagiellonia w fazie ataku płynnie przechodziła na system 3-5-2, co miało być odpowiedzią na agresywny pressing Korony.
– Chcemy być mniej przewidywalni. Ta elastyczność działa na naszą korzyść – zaznaczył szkoleniowiec, sugerując, że takie rozwiązanie może być kontynuowane w kolejnych meczach.
Zupełnie inaczej przebieg spotkania widział Jacek Zieliński. Trener Korony uważał, że jego zespół był stroną dominującą i zasłużył na komplet punktów. Statystyka 21 strzałów gospodarzy przy zaledwie kilku uderzeniach Jagiellonii faktycznie robi wrażenie.
– To był nasz dobry mecz, jeden z najlepszych na wiosnę. Brakło kropki nad „i”. Niektóre decyzje sędziowskie były kontrowersyjne i mamy tylko punkt – irytował się Zieliński.
Największe emocje wzbudziły dwie sytuacje: rzut karny dla Jagiellonii za zagranie ręką oraz brak „jedenastki” dla Korony po starciu Abramowicza z Długoszem.
Trener Korony nie gryzł się w język, komentując tłumaczenia arbitrów:
– Tłumaczenie, że Długosz patrzył i podchodził pod Abramowicza, jest śmieszne. Wszyscy gubimy się już w interpretacjach przepisów o zagraniach ręką – dodał, za co zresztą został ukarany żółtą kartką jeszcze w trakcie meczu.
Głos zabrali również liderzy zespołu z Białegostoku. Zarówno Afimico Pululu, jak i Sławomir Abramowicz, zwracali uwagę na potężne obciążenie, z jakim mierzy się drużyna grająca na kilku frontach od dwóch sezonów. Bramkarz Jagiellonii, zbliżający się do swojego setnego występu, szczerze opowiedział o kosztach sukcesu.
– Gramy bardzo dużo. Ostatnie dwa sezony to ciągłe wyjazdy i mecze co trzy dni. To spore obciążenie fizyczne i mentalne. Oczekiwania są duże, rywale stawiają nam coraz wyżej poprzeczkę – przyznał Abramowicz.
Z kolei Pululu porównał sytuację Jagiellonii do największych marek światowego futbolu, prosząc o cierpliwość i jedność:
– To jest futbol, takie momenty się zdarzają. Nawet Liverpool przechodzi przez podobne sytuacje. Musimy trzymać się razem. Jestem przekonany, że w tych sześciu pozostałych spotkaniach osiągniemy coś dobrego.
Jagiellonia wraca do Białegostoku z jednym punktem, ale bez upragnionej pewności siebie, którą daje tylko zwycięstwo. Adrian Siemieniec wierzy jednak, że przełamanie jest blisko. W jego głosie słychać było determinację, by do dobrej gry, którą widzi w procesie treningowym, w końcu dołożyć wyniki.
– W piłce czasem brakuje odwagi. Trzeba czasem zamknąć oczy, uderzyć i pomóc szczęściu. Jedno zwycięstwo dużo zmieni i musimy poszukać go w Gdyni – zapowiedział trener.
Kolejna okazja na przełamanie już w przyszłym tygodniu podczas wyjazdowego starcia z Arką Gdynia. Czy „Żółto-Czerwoni” odzyskają mistrzowski blask i zdołają wygrać w Gdyni, dedykując zwycięstwo pamięci Jacka Magiery? Odpowiedź poznamy już wkrótce, ale jedno jest pewne – podlaska ekipa, choć zmęczona, wciąż ma głód sukcesu i nie zamierza składać broni w walce o najwyższe cele.
Po meczu w Kielcach Afimico Pululu nie krył niedosytu, zaznaczając, że jeden punkt to dla Jagiellonii raczej strata dwóch oczek niż powód do satysfakcji. Napastnik podkreślił, że choć intensywność gry Korony nie była zaskoczeniem, to zespół wciąż szuka drogi do dawnej skuteczności.
– Jaga przechodzi przez trudniejszy okres, ale to jest futbol. Nawet Liverpool miewa podobne sytuacje – zauważył Pululu, nawołując do zachowania pozytywnego nastawienia.
Według niego kluczem do przełamania w nadchodzących sześciu spotkaniach będzie jedność i wspólna praca, która ma przynieść efekty już w najbliższym starciu przeciwko Arce Gdynia.
W podobnym tonie wypowiedział się Sławomir Abramowicz, który wprost przyznał, że tylko jedna wygrana w ostatnich dziewięciu meczach to bilans poniżej poziomu kandydata do mistrzostwa. Bramkarz żółto-czerwonych zwrócił uwagę na „skutek uboczny sukcesu” – dzisiejsza Jagiellonia jest postrzegana zupełnie inaczej niż kilka lat temu, przez co każdy rywal wychodzi na nią podwójnie zmotywowany. Abramowicz wspomniał o ogromnym obciążeniu fizycznym i mentalnym wynikającym z gry co trzy dni, ale stanowczo odciął się od szukania wymówek.
– Musimy od siebie dawać więcej i wziąć odpowiedzialność na własne barki, bo wciąż jesteśmy wiceliderem i wszystko zależy od nas – podsumował golkiper.
Przemysław Sarosiek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze